Stojąc na lotnisku w Cancum
Lunę ogarnęło bardzo dziwne uczucie. Gdzieś w głębi duszy
czuła, że już kiedyś to przeżyła, że nie dzieje się to po raz
pierwszy lecz któryś z kolei. Dopiero łzy spływające po
policzkach jej najlepszego przyjaciela uświadomiły jej, że już
kiedys znalazła się w podobnej sytuacji, gdy cztery lata temu
musiała przeprowadzić się z rodzinnego miasta do zatłoczonego i
nieprzyzwoicie żywotnego Buenos Aires. Wtedy nie wyobrażała sobie
nawet, że może być coś trudniejszego niż opuszczenie Simona
Alvareza, chłopaka, ktory stał się jej najlepszym przyjacielem w
chwili, gdy mając cztery lata uratował ją przed małym Tobiasem
Finiganem, który dokuczał jej przez całą jej przedszkolną
karierę. Mimo upływu lat, odległości i tego wszystkeigo, co
wydarzyło się po drodze wciąż łączyła ich niesamowicie silna,
nierozerwalna więź.
— Nie
zapomnij o mnie Luna — głos mu zadrżał, gdy wypowiadał jej
imię. Miał wrażenie, że dopiero co zadzwoniła do niego, by jak
zwykle chaotycznie zrelacjonować bieżące wydarzenia i z wyraźnym
zdenerowaniem poinformować, że wraca do domu. Do Meksyku. Do
Cancum. Do niego, wspólnych tras wrotkarskich, ostrego jedzenia i
miliona wspólnych wspomnień. A teraz, po roku, miałą zamiar znów
go opuścić. Wrócić do Argentyny, do wspomnień, których nie mógł
z nią dzielić. Stawić czoła rzeczywistości, by być taka jak w
jego piosence. Odważna.
— Simon,
jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu — wyszeptała
przez łzy — strasznie cię kocham. Tego nie da się zapomnieć.
Jego objęcia pozbawiły ją
tchu. Trwali w uścisku, póki nie usłyszeli informacji, płynącej
z interkomu wzywającej podróżnych do lotu. Płakała, idąc w
kierunku barierek i wsiadając na pokład samolotu. Płakała, gdy
wzbijali się w powietrze a Meksyk w dole malał z każdym przebytym
metrem. Wiedziała, że teraz już nie ma odwrotu. Musiała spełnić
obietnicę. Musiała być odpowiedzialna i odważna.
A
przede wszystkim musiała odzyskać swoje życie.