niedziela, 31 lipca 2016

Prolog

    
Stojąc na lotnisku w Cancum Lunę ogarnęło bardzo dziwne uczucie. Gdzieś w głębi duszy czuła, że już kiedyś to przeżyła, że nie dzieje się to po raz pierwszy lecz któryś z kolei. Dopiero łzy spływające po policzkach jej najlepszego przyjaciela uświadomiły jej, że już kiedys znalazła się w podobnej sytuacji, gdy cztery lata temu musiała przeprowadzić się z rodzinnego miasta do zatłoczonego i nieprzyzwoicie żywotnego Buenos Aires. Wtedy nie wyobrażała sobie nawet, że może być coś trudniejszego niż opuszczenie Simona Alvareza, chłopaka, ktory stał się jej najlepszym przyjacielem w chwili, gdy mając cztery lata uratował ją przed małym Tobiasem Finiganem, który dokuczał jej przez całą jej przedszkolną karierę. Mimo upływu lat, odległości i tego wszystkeigo, co wydarzyło się po drodze wciąż łączyła ich niesamowicie silna, nierozerwalna więź.
     — Nie zapomnij o mnie Luna — głos mu zadrżał, gdy wypowiadał jej imię. Miał wrażenie, że dopiero co zadzwoniła do niego, by jak zwykle chaotycznie zrelacjonować bieżące wydarzenia i z wyraźnym zdenerowaniem poinformować, że wraca do domu. Do Meksyku. Do Cancum. Do niego, wspólnych tras wrotkarskich, ostrego jedzenia i miliona wspólnych wspomnień. A teraz, po roku, miałą zamiar znów go opuścić. Wrócić do Argentyny, do wspomnień, których nie mógł z nią dzielić. Stawić czoła rzeczywistości, by być taka jak w jego piosence. Odważna.
     — Simon, jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu — wyszeptała przez łzy — strasznie cię kocham. Tego nie da się zapomnieć.
Jego objęcia pozbawiły ją tchu. Trwali w uścisku, póki nie usłyszeli informacji, płynącej z interkomu wzywającej podróżnych do lotu. Płakała, idąc w kierunku barierek i wsiadając na pokład samolotu. Płakała, gdy wzbijali się w powietrze a Meksyk w dole malał z każdym przebytym metrem. Wiedziała, że teraz już nie ma odwrotu. Musiała spełnić obietnicę. Musiała być odpowiedzialna i odważna.
     A przede wszystkim musiała odzyskać swoje życie.