wtorek, 23 stycznia 2018

Rozdział 4. Bezsenna Noc

Luna cały wieczór przeleżała w łóżku zanosząc się płaczem. Rodzice, Sharon, Amanda a nawet Rey próbowali namówić ją do zwierzeń, ale nawet nie otworzyła im drzwi. Co jakiś czas słyszeli tylko jak ciężko nabiera oddech i żałośnie pociąga nosem.
— Martwię się o nią Miguel   powtarzała wciąż Monika i sama z trudem powstrzymywała łzy. W całym domu można było wyczuć grobową atmosferę. Powietrze było ciężkie i gęste jak budyń. Jedynie Ambar zdawała się niczego nie zauważać. Przemieszczała się pomiędzy swoim pokojem, kuchnią a salonem pogwizdując wesoło. W końcu Sharon puściły nerwy i kazała jej wrócić do sypialni. Słysząc to Ambar spojrzała na ciotkę z politowaniem i bez słowa wykonała polecenie. Była nawet zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie miała ochoty dłużej przyglądać się tym żałosnym idiotom trzęsącym się nad losem biednej Lunity a ze swojej sypialni idealnie słyszała szlochy dziewczyny co to skutecznie poprawiło jej humor. 



Nad ranem Luna z ociąganiem przygotowywała się do szkoły. Nie chcąc minąć się z nikim z domowników szerokim łukiem ominęła kuchnię i nie bacząc na nawoływania mamy, żeby zjadła śniadanie wyszła frontowymi drzwiami. Przy samochodzie spotkała się z kolejną porcją dąsów i narzekań Ambar na jej wieczne spoźnialstwo, ale zignorowała to i wsiadła do auta. Usiadła bokiem i wbiła wzrok w szybę. Nie miała ochoty wdawać się w dyskusje z blondynką, która zdawała się być w dobrym jak na siebie nastroju. 
— Lunita, dobrze się czujesz? — zapytała Ambar, gdy Tino zaparkował przed gmachem Blake South Collage — wydajesz się być wykończona. Czyżbyś zarwała noc? Ja też miałam z tym problem. To pewnie przez tą wczorajszą pełnię. 
Luna z niedowierzaniem spojrzała na Smith. Nie mogła uwierzyć w jej bezczelność. Gdy ujrzała śmiech w jej błękitnych oczach pod powiekami zapiekły ją łzy. Zamrugała kilkukrotnie by je odgonić i pospiesznie wysiadła z auta. Niemal biegiem pognała do szkoły. Ambar tym razem nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu i wolnym krokiem ruszyła za Valente. Mina jej jednak zrzedła gdy ujrzała jak rozpędzona Luna drugi raz w ciągu dwóch dni zderza się z Matteo. Zachwiała się niebezpiecznie i brunet chyba odruchowo chwycił ją wpół. Zamarła z ciałem przyciśniętym do jego ciała, z dłońmi na jego ramionach, z palcami ściskającymi poły granatowej marynarki. Spojrzała mu prosto w oczy i Ambar nie mogła oprzeć się nieprzyjemnemu wrażeniu, że w spojrzeniu tym dało się dostrzec tęsknotę i żal. Twarz Matteo była jak maska, nie wyrażała żadnych emocji. Jedynie zaciśnięte usta mogły sugerować, że jednak jakieś emocje przeżywał. Przez myśl Luny przeszły dwie możliwości: albo był zły albo starał się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, co jego zdaniem nie powinno zostać powiedziane. Luna zastanawiała się kiedy zrobił się taki poważny. 
Ciężko przełknęła ślinę wracając do rzeczywistości. Pospiesznie wyrwała się z jego objęć. 
Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia. Matteo dostrzegł nieprzejednany smutek w jej oczach. Zauważył, że były zapuchnięte, zasnute mgłą zmęczenia, zupełnie jakby spędziła pół nocy na płaczu. Przez chwilę pomyślał, że to mogła być jego wina, tego co wczoraj powiedział. Zganił się jednak szybko w duchu za sam pomysł. Przecież gdyby ją obchodził, gdyby na kimkolwiek z dawnej drużyny jej kiedykolwiek zależało nigdy by ich nie opuściła. Zresztą smutek w jej spojrzeniu ustąpił miejsca stanowczości, żalowi i niechęci. Nim zdążył się zastanowić gdzie podział się jej zwyczajowy uśmiech ona już się odezwała. 

— Zrób coś dla mnie i gdy następnym razem będę upadać przed tobą na kolana cofnij się kilka kroków, żebym mogła się odpowiednio widowiskowo rozłożyć — poprosiła. Siliła się na sarkazm, ale głos zatrząsł się jej przy ostatnim słowie zdradzając zdenerwowanie. Nie dając mu możliwości odpowiedzi odwróciła się na pięcie i odeszła nie oglądając się za siebie. Wzdrygnął się jakby dostał w twarz i wtedy ni stąd ni zowąd wyrosła przed nim Ambar, jego dziewczyna. 
— Wszystko w porządku kochanie? — zapytała niewinnie. Zmusił się do uśmiechu i pocałował ja w policzek na powitanie. 
— Tak, dlaczego pytasz? 
— Bo ta sierota znów znów na ciebie wpadła, więc zastanawiam się dlaczego od razu jej od siebie nie odsunąłeś. To naprawdę żałosne Matteo, bo...
— Dosyć już tego — przerwał jej i objął ramieniem by złagodzić wydźwięk tych słów — chodźmy, bo spóźnimy się na lekcje.