No
więc tak, ten rozdział to taki prawdziwy wstęp do historii, mam
nadzieję, że rozumiecie o co w nim chodzi i nie ma żadnych
niejasności. Proszę o komenatarze, żebym wiedziała ile osób to w
oógle czyta i co o tym myślicie. To opowiadanie przechodzi okres
próbny, więc jeśli się nie spodoba to po prostu bez krzyku je
usunę ;)
Enjoy ;p
— Lunita,
no nareszcie, ile można na ciebie czekać — prychnęła Ambar,
poprawiając idealnie zakręcone jasne włosy i przewróciła oczami
w kolorze górskiego lodowca. Dziewczyna podeszła do samochodu, przy
którym już czekała na nią panna Smith razem z szoferem, Tito,
którego Luna poznała dopiero tydzień temu, w pierwszy dzień po
swoim przyjeździe do Buenos Aires. Do tej pory przechodziły ją
dreszczu na wspomnienie powitania, jakie zaserowali jej mieszkańcy
posiadłości.
Tydzień
wcześniej
Z lotniska odebrał ją tata. Łzom wzruszenia i
uściskom nie było końca a gdy mknęli ulicami zatłoczonego Buenos
Aires Luna cieszyła się jak małe dziecko. Odkąd rok temu
wyjechała nie zawitała do Argentyny ani razu, to bliscy raczej
odwiedzali ją, nie na odwrót. Dopiero teraz uświadomiła sobie jak
bardzo tęskniła za pędem życia i mozliwościami, jakie dawało to
miasto. Za energią mijanych po drodze ludzi, zapachem morza i
wspomnieniami, które za sobą zostawiła. Miała wrażenie, że
każda uliczka, każda mijana kafejka, wszystkie drzewa, każdy plac,
przy którym dzieciaki wykonywały nieprawdopodobne akrobacje
nasączony jest echem życia, które tu niegdyś prowadziła. Niemal
podskakiwała w fotelu oglądając to wszystko z entuzjazmem
turystki, przy akompaniamencie "Love is the name", płynącej
z samochodowego radia.
Dopiero, gdy zatrzymali się przy rezydencji Bensonów
ten znajomy ucisk w żołądku powrócił ze wzdwojoną siłą.
Posiadłość budziła w niej takie same uczucia jak
cztery lata temu, gdy ujrzała ją po raz pierwszy. Otoczona bramą z
kutego złota i zaopatrzona we wszelkie środki ochrony przypominała
fortecę księżniczek z bajek Disneya. Własność Bensonów
rozciągała się na kilka kilometrów, zagospodarowanych na
niesamowity ogród różany, palmowy, niewielkich rozmiarów sad
jabłkowy, krzaki wycięte przez ogrodnika-artystę w przeróżne
niesamowite wzory, oraz fontannę. Przy najmniejszym powiewie wiatru
w powietrzu unosił się zapach kwiatów, który powodował, że na
twarzy Luny momentalnie pojawił się cień uśmiechu. A pośród
roślinności znajdował się dom, przypominający pałac. Od
kremowych ścian i pozłacanych ram okien odbijały się promienie
popołudniowego słońca. Powoli lecz nieubłaganie Luna
zbliżała się do schodów, prowadzących do środka. W krok za nią
kroczył ojciec, ciągnąc za sobą jej walizki.
Nacisnęła dzwonek i w sekundę potem w drzwiach
stanęła jej zalana łzami matka, jak gdyby wyczekiwała jej już od
dawna. Porwała dziewczynę w ramiona aż jej kasztanowe loki
zawirowały w powietrzu a potem obejrzała z każdej strony. Ze
wzruszeniem zauważyła, że przybyło jej kilka dodatkowych
centymetrów mimo, że wciąż była bardzo drobna i że jej włosy
mimo słońca ściemniały jeszcze i że najwyraźniej obcięła je
od czasu, gdy widziały się ostatnio. Ale poza tym to wciąż była
jej córka. Luna Valente. Jej Luna.
Luna z wielkimi jak orzechy, jadeitowo zielonymi
oczami błyszczącymi inteligencją i radością, z zaraźliwym
uroczym uśmiechem, ze zgrabnym noskiem i drobną twarzyczką
anioła.
— Nareszcie — powiedziała Monica. Jedno słowo
wyrażało więcej niż cała rozmowa. Luna uściskała ją po raz
ostatni a potem przeniosła się wprost w ramiona Amandy, której nie
widziała od roku. Co prawda utrzymywały kontakt internetowy i
telefoniczny, ale to przecież nie to samo. A kobieta stała się jej
wierną powierniczką, przyjaciółką, którą traktowała jak
najukochańszą na świecie ciocię.
— Dziecko, jesteś taka chuda — wymruczała
kobieta, ściskając ją z całych sił — ale teraz masz mamę na
miejscu to już ona się postara, żeby cię trochę utuczyć —
dodała, poprawiając ciemne kosmyki włosów, które wysunęły się
z koka. Luna od razu dostrzegła obrączkę, połyskującą na jej
palcu serdecznym i mrugnęła do niej porozumiewawczo. Żałowała,
że ominęła ślub kobiety, która dała jej tyle serca, ale
naprawdę nie mogła opuścić Meksyku w tym czasie i Amanda to
rozumiała.
Niespodziewanie tuż przy nich pojawił się Rey,
prawa ręka Sharon. Nawet on, choć na pozór zachowywał zimną krew
i profesjonalne opanowanie z trudem krył wzruszenie. Luna nie
czekała na jego krok, po prostu zarzuciła mu ręce na szyję i
mocno uścisnęła. Rey objął ją ramieniem delikatnie.
— Dobrze panienkę widzieć — powiedział.
— Lunita — na dźwięk tego glosu uśmiech
bezpowrotnie zszedł z twarzy Luny niczym krople zmyte przez deszcz.
Odsunęła się od mężczyny i spojrzała wprost na blondynkę,
stojącą dumnie wyprostowana u stóp schodów. Przez dłuższą
chwilę obie mierzyły się na spojrzenia a cały świat wokół nich
zamarł.
Ambar Smith, córki chrzestnej Sharon Benson, Luna
nie widziała juz rok. Przez ten czas nie miały kontaktu, dziewczyna
starała się w ogóle o niej nie myśleć i dlatego zdołała
zapomnieć, że z powrotem do domu wiązało się również ich
nieuchronne spotkanie.
Na pierwszy rzut oka dziewczyna widziała, że Ambar
również bardzo się zmieniła. Zawsze miała perfekcyjną postawę
i figurę modelki, ale teraz zyskała jeszcze nieugiętą pewność
siebie, które w połączeniu stanowiły piorunującą mieszankę.
Zawsze patrzyłą z góry, ale dziś wyglądała, jakby objęła w
posiadanie cały świat.
W zeszłym roku jej włosy były proste i sięgały
do łopatek, podczas gdy teraz idealnie poskręcane złote pukle
opadały na wąskie ramiona i razem z grzywkę tworzyły wokół jej
drobnej twarzy coś na kształt aureoli, zwieńczonej srebrną
opaską. Idealny makijaż podkreślał jej nordycką urodę, zwiewna
bluzeczka na ramiączkach oraz białe szorty z wysokim stanem
uwydatniały jej nieskazitelną figurę a chłód w niebieskich
oczach przeczył zdecydowanie uśmiechowi, który rozciągał jej
pełne wargi. Podeszła do Valente powoli, panując nad każdym
krokiem i gestem, niczym żmija gotująca się do ataku i objęła
z przesadnym entuzjazmem.
— Dobrze cię widzieć — powiedziała z nutka
ironii w głosie, zakładając ciemne loki za ucho Luny. Dziewczyna
zmrużyła oczy i zapatrzyła się w tak dobrze znaną twarz. Kiedyś
mimo wszystkiego co je dzieliło umiała z niej czytać jak z
otwartej księgi, ale teraz miała wrażenie, jakby Ambar założyła
maskę, która skrywała wszelkie emocje pod powierzchnią. Nie
dostrzegła nic poza wyzywającym błyskiem w oczach.
— Jakbym nigdy nie wyjeżdzała, przyjaciółko —
odparła, celowo naciskając na ostatnie słowo a uśmiech, którym
obdarzyła ją tym razem blondynka tylko potwierdził jej
przypuszczenia. Ale już w Meksyku wiedziała, że powrót wcale nie
będzie taki prosty.
— Witaj w domu — rozległ się głos pani domu.
Ich oczom ukazała się Sharon Benson, wysoka dystyngowana blondyka
wyglądająca na nieco ponad piędziesiąt lat, jak zawsze elegancka
i perfekcyjna w każdym cału.
Gdy podeszła do Luny, by nad wyraz wylewnie okazać
jej swoją radość z ponownego spotkania Ambar przewróciła oczami
i ukradkiem wymknęła się do swojego pokoju.
— Halo, śpiąca królewno! — zniecierpliwiony głos
Ambar wyrwał ja brutalnie ze świata wspomnień. Luna spojrzała na
dziewczynę półprzytomnie a ta przewróciła oczami.
— Żeby było jasne, do szkoły się spóźniać nie
zamierzam — oświadczyła twardo — więc albo wsiadasz do tego
cholernego samochodu albo będziesz za nim biegła.
Luna uśmiechnęła się sztucznie i przewróciła
oczami. Obiecała sobie, że będzie dzielna, ale ten dzień, choć
dopiero się zaczął, zupełnie ją psychicznie wykończył.
**
Droga do szkoły przebigła w zupełnej ciszy a gdy
tylko samochód się zatrzymał Ambar wystrzeliła jak z procy w
kierunku szkoły. Luna powolnym krokiem podążyła za nią a gdy
zatrzymała się przed głównym wejściem poprawiła włosy,
opadające na plecy, wzięła głęboki wdech, strzepnęła
niewidzialny pyłek ze swojej granatowej spódniczki, uniosła głowę
i wkroczyła do środka.
To
było jak scena z żenującego hollywodzkiego filmu. Na jej widok
większość uczniów zatrzymała się w pół kroku a wszystkie
rozmowy jak na zawołanie przycichły. Nikt nawet nie próbował
udawać, że się zwyczajnie, bezczelnie na nią nie gapi. Był czas,
gdy bycie w centrum uwagi przychodziło jej zupełnie naturalnie,
lecz dziś z trudem powstrzymała się przed spuszczeniem wzroku pod
obstrzałem tylu spojrzeń. Wiedziała, że jej nagły wyjazd tuz
przed zawodami międzynarodowymi, w których miała wziąć udział
jako zwyciężczyni krajowych wywołał niemałe poruszenie, ale
sądziła a włąściwie miała nadzieję, że upływ czasu w tym
przypadku spowoduje spadek zainteresowania jej osobą. Bo naprawdę
chciała zacząć od nowa, a tylu ludzi, dla których nadal była
liderką, idolką, olimpijką, w zupełności jej nie pomagało.
— Luna! — niezręczną ciszę przerwał Ramiro
Solis, wysoki, chudy, kędzierzawy brunet — ale numer, co ty tu
robisz? — zawołał i bez zbędnych ceregieli mocno objął ją
ramieniem.
— A wiesz, przechodziłam w okolicy to pomyślałam,
że zajrzę — zażartowała i to momentalnie rozładowało
napięcie. Nikogo już nie interesowało, co się z nią dzialo przez
ten rok, tylko to, że w ogóle wróciła. Po chwili reszta szkoły
przestała się interesować sceną, rozgrywającą się w holu i
każdy wrócił do swoich spraw.
— Ej ludzie — Ramiro gestem ręki przywołał
kolegów, którzy natychmiast do niego podeszli. — zobaczcie kogo
ja tu mam.
— Luna?
— Ale jaja! Czemu nie mówiłaś, że wracasz?
— Co się z tobą działo?
— Spokojnie, po kolei — Ramiro ostudził nieco zapał
grupy — może najpierw przywitamy się jak należy co?
Luna spojrzała po twarzach zebranych i coś ścisnęło
ją w dołku. Gaston Pieridia, blondyn o niebieskich oczach i
niezwykłej wrażliwości przyglądał jej się ciekawie jakby chciał
zapytać co słychać, Nico uśmiechał się do niej przyjaźnie a
Delfina i Jazmin, które w zeszłym roku krok w krok podążały za
nią i za Ambar teraz krzywiły się i z założonymi rękami
przyglądały rozwojowi wydarzeń. To była jej grupa, grupa
najlepszych wrotkarzy w Jam&Roller i najpopularniejszych uczniów
w szkole, którzy całą resztę mieli za motłoch i kroczyli
przez życie z wysoko uniesionymi głowami. Luna uśmiechała
się co prawda, ale za dużo rzeczy zajmowało jej myśli, żeby
mogła szczerze ucieszyć się z tego spotkania.
— Co tu się dzieje? — niespodziewanie do grupy
dołączyła Ambar.
— Czemu nie mówiłaś, że Luna wraca? Znów mamy
pełen skład — ucieszył się Nico a chłopcy ochoczo mu
przytaknęli. Ambar uśmiechnęła się co prawda na te słowa, ale
jej błękitne oczy po raz kolejny przewiercały Lunę na wskroś,
jakby chciały wypalić w niej wielką, najlepiej śmiertelną ranę.
— Naprawdę? To cudownie. Twój wyjazd pokrzyżował
nam szyki w zeszłym roku, ale myslę, że teraz możesz to naprawić
— odparła kpiąco. Luna założyła ręce na piersi i pokręciła
głową z niedowierzaniem. Po tygodniu miała już naprawdę dosyć
tych aluzji. Dobrze wiedziała, że namieszała, ale miała swoje
powody prawda? I dobrze wiedziała, że Ambar najchętniej nie
oglądałaby jej już do końca swoich dni, ale musiała wrócić.
Zapadła cisza. Mimo życzliwości w głosie i miłym
słowom wszyscy wyczuli napięcie pomiędzy dziewczynami. Przywykli
już do ich wzajemnej rywalizacji, lecz nie do otwartej wrogości.
Obie, dumne i wyprostowane, z wysoko uniesionymi głowami mierzyły
się na spojrzenia i na twarzy Ambar pojawił się cień satysfakcji,
gdy to Luna jako pierwsza odwróciła wzrok. Brunetka westchnęła i
spojrzała na dawnych kolegów z żalem.
— Wybaczcie, ale teraz mam już zupełnie inne plany
— odparła zgodnie z prawdą — nie będę brała udziału w
zawodach. Nie będę trenować.
— Ale Luna jak to?Oszalałaś? — Gaston nie posiadał
się ze zdumienia — chcesz rzucić wrotki z twoją pasją i
talentem?
— Tylko zawodowo — odparła dziewczyna — będę
jeździć, ale nie zamierzam więcej trenować. Zdałam sobie sprawę,
że to nie jest coś, czemu chcę poświęcać czas.
— Czyli co, wystawiasz nas? — podsumował Ramiro z
wyraźnym zawodem w głosie — przez jakieś...
— Po prostu zrozumiałam, że to nie dla mnie.
— Albo że się do tego nie nadajesz — wtrąciła
Delfina ze złośliwym uśmiechem. Ambar niby ją upomniała, ale
jakoś tak nieudolnie. Luna spojrzała Delfi prosto w oczy.
Wiedziała jak sprawić, by ten uśmieszek raz na zawsze zniknał z
jej twarzy, ale gdy jej wzrok ponownie spoczął na Ambar zrozumiała,
że wcale nie chce się już w to bawić. Coś ukłuło ją w sercu,
gdy kiwnęła głową, z trudem powstrzymując łzy.
— Być może — przyznała. Uśmiech satysfakcji ma
twarzach Delfi, Jazmin i Ambar był nie do zniesienia, więc Luna
przeniosła wzrok na resztę grupy. Wiedziała, że to koniec.
Właśnie zamkneła rozdział, do którego nie było powrotu. Ci
ludzie byli jej drużyną, ekipą najlepszych, którzy razem kroczyli
do zwycięstwa. Ale ona właśnie od tego momentu przestała być
jedną z nich. Nie rok temu, gdy wyjechała bez słowa pożegnania
lecz teraz, gdy po prostu ich odrzuciła. Spojrzała na nich po raz
ostatni, gdy obróciła się na pięcie zamierzając odejść. I
wtedy na kogoś wpadła z takim impetem, ze oboje padli na ziemię
jak dłudzy w akompaniamencie wrzasków i deszczu papieru, który
zapewne stanowił kiedyś pracę domową.
— Przepraszam, tak strasznie przepraszam — Luna
zerwała się z ziemi i zaczęła zbierać kartki, które walały się
teraz po całym korytarzu.Śmiech jej ofiary rozniósł się
echem. Najwyraźniej jej niezdarność niesamowicie go bawiła. Oboje
w tym samym momencie sięgnęli po kartkę z zadaniem z geometrii a
gdy ich skóra zetknęła się ze sobą przez ich ciała przeszły
dreszcze. Oboje zamarli na dobrą minutę, nim unieśli wzrok.
Te
oczy, czarne, magnetyczne, uwodziecielskie rozpoznałaby nawet przez
sen.
— No proszę, kelnereczka — wymruczał, zbliżając
się do niej na niebezpieczną odległość.
Na bardzo niebezpieczną odległość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz