wtorek, 23 stycznia 2018

Rozdział 4. Bezsenna Noc

Luna cały wieczór przeleżała w łóżku zanosząc się płaczem. Rodzice, Sharon, Amanda a nawet Rey próbowali namówić ją do zwierzeń, ale nawet nie otworzyła im drzwi. Co jakiś czas słyszeli tylko jak ciężko nabiera oddech i żałośnie pociąga nosem.
— Martwię się o nią Miguel   powtarzała wciąż Monika i sama z trudem powstrzymywała łzy. W całym domu można było wyczuć grobową atmosferę. Powietrze było ciężkie i gęste jak budyń. Jedynie Ambar zdawała się niczego nie zauważać. Przemieszczała się pomiędzy swoim pokojem, kuchnią a salonem pogwizdując wesoło. W końcu Sharon puściły nerwy i kazała jej wrócić do sypialni. Słysząc to Ambar spojrzała na ciotkę z politowaniem i bez słowa wykonała polecenie. Była nawet zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie miała ochoty dłużej przyglądać się tym żałosnym idiotom trzęsącym się nad losem biednej Lunity a ze swojej sypialni idealnie słyszała szlochy dziewczyny co to skutecznie poprawiło jej humor. 



Nad ranem Luna z ociąganiem przygotowywała się do szkoły. Nie chcąc minąć się z nikim z domowników szerokim łukiem ominęła kuchnię i nie bacząc na nawoływania mamy, żeby zjadła śniadanie wyszła frontowymi drzwiami. Przy samochodzie spotkała się z kolejną porcją dąsów i narzekań Ambar na jej wieczne spoźnialstwo, ale zignorowała to i wsiadła do auta. Usiadła bokiem i wbiła wzrok w szybę. Nie miała ochoty wdawać się w dyskusje z blondynką, która zdawała się być w dobrym jak na siebie nastroju. 
— Lunita, dobrze się czujesz? — zapytała Ambar, gdy Tino zaparkował przed gmachem Blake South Collage — wydajesz się być wykończona. Czyżbyś zarwała noc? Ja też miałam z tym problem. To pewnie przez tą wczorajszą pełnię. 
Luna z niedowierzaniem spojrzała na Smith. Nie mogła uwierzyć w jej bezczelność. Gdy ujrzała śmiech w jej błękitnych oczach pod powiekami zapiekły ją łzy. Zamrugała kilkukrotnie by je odgonić i pospiesznie wysiadła z auta. Niemal biegiem pognała do szkoły. Ambar tym razem nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu i wolnym krokiem ruszyła za Valente. Mina jej jednak zrzedła gdy ujrzała jak rozpędzona Luna drugi raz w ciągu dwóch dni zderza się z Matteo. Zachwiała się niebezpiecznie i brunet chyba odruchowo chwycił ją wpół. Zamarła z ciałem przyciśniętym do jego ciała, z dłońmi na jego ramionach, z palcami ściskającymi poły granatowej marynarki. Spojrzała mu prosto w oczy i Ambar nie mogła oprzeć się nieprzyjemnemu wrażeniu, że w spojrzeniu tym dało się dostrzec tęsknotę i żal. Twarz Matteo była jak maska, nie wyrażała żadnych emocji. Jedynie zaciśnięte usta mogły sugerować, że jednak jakieś emocje przeżywał. Przez myśl Luny przeszły dwie możliwości: albo był zły albo starał się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, co jego zdaniem nie powinno zostać powiedziane. Luna zastanawiała się kiedy zrobił się taki poważny. 
Ciężko przełknęła ślinę wracając do rzeczywistości. Pospiesznie wyrwała się z jego objęć. 
Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia. Matteo dostrzegł nieprzejednany smutek w jej oczach. Zauważył, że były zapuchnięte, zasnute mgłą zmęczenia, zupełnie jakby spędziła pół nocy na płaczu. Przez chwilę pomyślał, że to mogła być jego wina, tego co wczoraj powiedział. Zganił się jednak szybko w duchu za sam pomysł. Przecież gdyby ją obchodził, gdyby na kimkolwiek z dawnej drużyny jej kiedykolwiek zależało nigdy by ich nie opuściła. Zresztą smutek w jej spojrzeniu ustąpił miejsca stanowczości, żalowi i niechęci. Nim zdążył się zastanowić gdzie podział się jej zwyczajowy uśmiech ona już się odezwała. 

— Zrób coś dla mnie i gdy następnym razem będę upadać przed tobą na kolana cofnij się kilka kroków, żebym mogła się odpowiednio widowiskowo rozłożyć — poprosiła. Siliła się na sarkazm, ale głos zatrząsł się jej przy ostatnim słowie zdradzając zdenerwowanie. Nie dając mu możliwości odpowiedzi odwróciła się na pięcie i odeszła nie oglądając się za siebie. Wzdrygnął się jakby dostał w twarz i wtedy ni stąd ni zowąd wyrosła przed nim Ambar, jego dziewczyna. 
— Wszystko w porządku kochanie? — zapytała niewinnie. Zmusił się do uśmiechu i pocałował ja w policzek na powitanie. 
— Tak, dlaczego pytasz? 
— Bo ta sierota znów znów na ciebie wpadła, więc zastanawiam się dlaczego od razu jej od siebie nie odsunąłeś. To naprawdę żałosne Matteo, bo...
— Dosyć już tego — przerwał jej i objął ramieniem by złagodzić wydźwięk tych słów — chodźmy, bo spóźnimy się na lekcje. 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Rozdział 3. Zderzenie z rzeczywistością

W towarzystwie nowej koleżanki Luna spędziła cały szkolny dzień.Tak jak sądziła dziewczyna była niesamowicie skryta. Minęło sporo czasu nim spojrzała jej prosto w oczy a na lekcjach, mimo że zawsze odpowiadała bezbłędnie sama nigdy się nie zgłaszała a gdy już musiała się wypowiedzieć spuszczała wzrok i niezmiennie się rumieniła jak gdyby wstydziła się własnej wiedzy.
Z kolei sposób w jaki na nią patrzyła bardzo krępował Lunę. Nina miała niesamowicie przenikliwe spojrzenie i Lunie zdawało się, że dociera nim znacznie głębiej, niż by sobie tego życzyła. Być może Nina nie lubiła się wychylać, ale nie oznaczało to, że była całkowicie wycofana i skupiona na własnym świecie. Wręcz przeciwnie, była bardzo bacznym obserwatorem. Od razu dostrzegła, że Luna porusza się po szkole bez przewodnika ani mapki, które każdy nowy uczeń otrzymuje pierwszego dnia w sekretariacie. Widziała to zainteresowanie jakie wzbudzała mimo, że nikt nie kwapił się by podejść i zwyczajnie zagaić rozmowę. Co prawda sama nie mogła narzekać na nadmiar znajomych, skądinąd wydało jej to wszystko się doprawdy przedziwne. Była jednak zbyt taktowna, by o cokolwiek pytać. Gust rozpieszczonych do granic możliwości uczniów Blake South Collage był wyjątkowo wyrafinowany, więc bynajmniej nie było nic niezwykłęgo w tym, że naturalna, energiczna i pełna dziecięcej radości Luna Valente się w niego nie wpasowała.




Już od progu słyszała muzykę i głośne śmiechy. Gwar, który o wiele bardziej niż neonowy napis i przeszklone, tęczowe drzwi utwierdził ją w przekonaniu, że dobrze trafiła. Pamiętała gdy znalazła się  tu po raz pierwszy, gdy po raz pierwszy poczuła magię, która przenikła ją od środka. Pamiętała, gdy dreszcz ogarniający jej ciało uświadomił jej, że za tym progiem odkryje coś, co na zawsze odmieni jej życie. I tak było w istocie. Pomimo upływu czasu i częstotliwości, z jaką tu niegdyś bywała to niezwykłe uczucie jej nie opuszczało. Łza zakręciła jej się w oku na wspomienie wszystkich wspaniałych chwil, które tu przeżyła. Tym gorzej znosiła fakt, że Nina spóśród wszystkich miejsc na ziemi postanowiła się z nią spotkać akurat tutaj. Co prawda Luna próbowała delikatnie protestować, ale jej koleżanka była tak nieugięta że w końcu uległa. Nie potrafiła zresztą  nawet udawać zdziwionej, że koleżankę zachwycił urok miejsca, które sama kiedyś nazywala drugim domem.Wspomnienia dopadły ją w chwili gdy stanęła przed drzwiami Jam&Roller. Jedne przyjemniejsze od drugich, ale wszystkie powodowały ścisk w gardle i łzy napływające do oczu. Musiałą zmierzyć się z własnymi demonami, nie miała wyboru.
 Luna zamaszyście otworzyła drzwi. Jej nozdrza uderzył zapach świeżych owoców połączony z wonią preparatu do czyszczenia wrotek. Była to dziwna, ale jakże przyjemna mieszanka.Luna rozejrzała się wokół wbrew własnej woli z zachwytem. Przeniknęła ją magia tego miejsca. Zupełnie się nie zmieniło. Te same błękitne ściany ozdobione artystycznym grafitti stworzonym przez drużynę Rollera, ta sama scena gotowa na przyjęcie kolejnego występu, ten sam bar przy którym tłoczyła się spragniona młodzież, te same stoliki i pufy utrzymane w brzoskwionym tonie. W oddali dostrzegła parę znajomych twarzy, ale tłum był na tyle gęsty, że nawet się tym nie przejęła.Wzięła jeden uspokajający wdech i ruszyła przed siebie w poszukiwaniu koleżanki.
Nina siedziała przy najbardziej oddalonym stoliku, w kącie sali. Była tak pochłonięta lekturą, którą akurat czytała, że nawet nie zauważyła jej przybycia. Luna z zaciekawieniem pochyliła się by zobaczyć tytuł.
Wirzchowe Wzgórza? — odczytała. Na dźwięk jej głosu Nina podskoczyła zaskoczona — nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Katy — ciągnęła dosiadając się do koleżanki.
— No coś ty, to jest piękna historia niespełnionej miłości. Opowieść o tym do czego tak wielkie uczucie może doprowadzić. Przestroga dla tych, którzy nie rozumieją jak wielką siłę nad naszą teraźniejszością ma przeszłość — rozmarzyła się Nina —  Gdyby Heathcliff od początku traktowany był jak równy, umiałby w ten sam sposób traktować innych. Gdyby Katy nie była całe życie księżniczką dostrzegłaby, że świat nie kręci się wokół niej. Gdyby nie byli tak ślepo zapatrzeni w siebie i własne uczucia nie powielaliby błędów i być może ich historia zakończyłaby się inaczej.
—Jesteś raczej romatyczką co? — zauważyła Luna z rozbawieniem.
— Ależ skąd — Nina od razu spuściła z tonu — po prostu bardzo lubię tę powieść. Czytam ją już z dwusetny raz i zawsze dostrzegam coś nowego. — na potwierdzenie swoich słów pokazała jej rozwartą na stronie piędziesiątej ósmej powieść. Strony były tak pogięte przez wielokrotne przewracanie i tak pomarszczone, że widać było dokładnie w którym miejscu właścicielka książki zatrzymywała się na dłużej a w którym roniła łzy nad losem i wyborami Katy i Heathcliffa. Najwyraźniej Nina należała do tych osób, dla których książki były wrotami do innego świata a ich bohaterowie żywymi istotami, którym należy się współczucie. Luna zaśmiała się na tą myśl.
— Myślę, że możesz mieć rację — przyznała po chwili — ale tak szczerze mówiąc chciałabym się z tobą zamienić na mózgi. Jesteś humanistką i umysłem ścisłym w jednym. To rzadkie połączenie, jestem tego najlepszym przykładem.
Nina zarumieniła się na te słowa i znów spróbowała ukryć swoje zawstydzenie za kurtyną włosów.
— Dlaczego to robisz?— spytała Valente unosząc brwi — przepraszam, jestem chyba zbyt bezpośrednia. —  dodała w odpowiedzi na zaskoczenie spojrzenie koleżanki — Chodziło mi o to, że znamy się dokłądnie od dziesięciu godzin i może jestem roztargniona i momentami trochę nieobecna, ale nawet ja zdążyłam w tym czasie zauważyć, że za każdym razem gdy pokazujesz jaką niesamowicie wnikliwą jesteś osobą zaraz zamykasz się w sobie jakby to było coś niedozwolonego.
—   Uważasz... Uważasz, że jestem wnikliwa? — oczy Niny powiększyły się do rozmiarów pięciocentówek.
—   Jasne — zaśmiała się Luna — kto inny dostrzegłby tyle różnych wymiarów w tak prostej historii, rozwiązał błyskawicznie natrudniejsze zadania z algebry i dostrzegł, że nowa znajoma pilnie potrzebuje pomocy? Dziwię się, że mózg ci jeszcze nie wybuchł z przepracowania.
Tym razem obie zaśmiały się głośno.
—   Mówisz tak tylko dlatego, że chcesz być miła.
— Masz rację — przyznała Luna przywołując na twarz chytry uśmieszek — i żebyś mi jak najdokładniej wszystko wyjaśniła. Naprawdę sobie nie radzę z tymi równaniami.
Kolejny wybuch śmiechu całkowicie rozluźnił atmosferę. Nina wyciągnęła podręcznik i zeszyt a Luna pochyliła się nad stolikiem skupiając się z całych sił na słowach koleżanki. Przez kolejne godziny Simonetti ani razu nie próbowała stać się niewidzialna.




****




Matteo Balsano cieszył się mianem jednego z najlepszych uczniów w Blake South Collage i choć zwykle pławił się w pożądliwych spojrzeniach dziewcząt i zazdrości ich chłopaków tego dnia najchętniej wróciłby do domu. Wszystko za sprawą jednej małej istotki, która postanowiła wrócić do Buenos Aires jak gdyby nigdy nic i która już pierwszego dnia wpadła na niego niczym huragan. 


Znowu. 


Podejrzewał, że to dlatego w szkole wrzało jak w ulu a Ambar cały dzień była nie do zniesienia posyłając wszystkim sztuczne uśmiechy, naradzając się z Delfi i Jazmin półszeptem i zbywając go prychnięciem za każdym razem gdy próbował dowiedzieć się co się dzieje. A coś działo się na pewno. Ambar musiała wiedzieć co, w końcu jeśli Lunę było stać na powrót do tak prestiżowej szkoły oznaczało to tylko tyle, że jej rodzice wciąż pracowali w willi pani Benson. To wszystko powodowało, że Matteo przeczuwał kłopoty. Jakiś podskórny prąd mówił mu, że zbliża się burza, nawałnica potężniejsza i bardziej niszczycielska niż cokolwiek co kiedykolwiek widziało to miasto. I to wszystko z powodu jakiejś smarkuli! To prawda, rok temu wyjechała bez słowa i owszem, była na tyle dobra, że Tamara, ich trenerka, postanowiła wystawić ją jako reprezentantkę Jam&Roller na międzynarodowym konkursie. I zgoda, może zrobiła wiele szumu i podsyciłą niekoniecznie pozytywne emocje swoim tajemniczym odejściem, ale to jeszcze nie powód aby dawać jej tę satysfakcję i traktować jak ocalałą księżniczkę Anastazję ponad rok później! Naprawdę, to było zbędne zamieszanie, które całkowicie wytrąciło go z równowagi i zmęczyło psychicznie. 


Zwłaszcza, że poza tym jednym razem nie spotkał jej już potem wcale i to powodowało, że miał wrażenie, jakby jej powrót był tylko jakąś przedziwną senną marą. 


 Tym bardziej Matteo z ulgą przyjął dzwonek obwieszczająy koniec zajęć i propozycję Gastona, żeby w ramach rozrywki wstąpić na koktajl do Rollera. Naprawdę tęsknił za tym miejscem podczas wakacji w rodzinnych Włoszech, ale teraz zastanawiał się czy nie wykręcić się złym samopoczuciem i nie wrócić do domu. Gaston czasem naprawdę za dużo myślał. 
— Nie mam pojęcia po co wróciła, ale fakt, że nie zamierza trenować to tylko dowód na to, że dojrzała. Nie chce z siebie znów robić pośmiewiska — powiedział bez emocji. 
— No co ty stary, nie jesteś ani trochę ciekawy? — Gaston poklepał go po plecach i mrugnął porozumiewawczo. W jego oczach pojawił się błysk właściwy dzieciom otwierającym prezent gwiazdkowy i Matteo z trudem powstrzymał się przed zrobieniem czegoś co zmyłoby mu ten irytujący uśmieszek z twarzy. 
—  Śmiało, możesz być ze mną szczery —dodał Peridia konspiracyjnym szeptem — póki nie ma Ambar gotowej rzucać w ciebie kryształową zastawą swojej ciotki. 
—   Daj spokój stary — roześmiał się Matteo — nie ma o czym mówić. Luna to zamknięty temat odkąd nas wystawiła. A skoro nie planuje wracać do drużyny nie mam z nią wspólnych tematów. 
—   Oj Matteito Matteito — westchnął Gaston, kręcą głową — a może raczej powinienem rzec "królu pawiu"? 


Cancun,
 24 sierpień  2015 roku


Podczas tych wakacji Matteo zdążył polubić uroki Meksyku. Tutejszą kuchnię, otwartość ludzi, morze a przede wszystkim ulice, które świetnie nadawały się do jazdy na wrotkach. Było mu niemal przykro, że już za tydzień miał stąd wyjechać, by rozpocząć życie w zypełnie innym miejscu, tysiące kilometrów stąd. Poznać nowych przyjaciół, dziewczyny, olśniewać kolejnych ludzi trikami na wrotkach i swoim głosem, penetrować kolejne ulice, zapewne tylko po to by za rok lub dwa znów wszystko to opuścić i zacząć od nowa. Takie były cienie urodzenia się jako syn dyplomatów. Dawało mu jednak również możliwość by poznawać inne kultury, nabierać doświadczenia i przeżywać fantastyczne wakacje w miejscu tak urokliwym jak to. Pocieszający był równiez fakt, że w Beunos Aires, do którego wraz z początkiem jesieni miał się przeprowadzić miał znajomych, bo już raz tam mieszkał, klika lat temu. Z jednym ze swoich kumpli nawet utrzymywał kontakt, więc raczej nie będzie po raz kolejny "tym nowym dzieciakiem". 
Rozmyślał nad tym jadąc ulicą aż dotarł na deptak. Było to jedno z jego ulubionych miejsc. Plac otaczały budki z lodami, słodkościami, typowymi meksykańskimi przysmakami i pamiątkami, przy których chętnie zatrzymywali się turyści. Co ważniejsze było z niego świetnie widać morze za którym, choć spędził tu jedynie półtora miesiąca, z pewnością będzie tęsknił. Czując morską bryzę uśmiechnął się do własnych myśli i zatrzymał się przy grupie dzieciaków tańczących do muzyki płynącej ze srebrnego beat boxa. Przyjęli go jak swego gdy zobaczyli figury, które wykonywał do rytmu na wrotkach. Ludzie zatrzymywali się przy nich, coś między sobą szeptali, klaskali z aprobatą, niektórzy wrzucali monety do szarego kapelusza, leżącego na chodniku nieopodal tańczących. Nie dało się ukryć, to łechtało próżność Matteo. Właśnie wykonywał jedną z trudniejszych figur okręcając się wokół włąsnej osi na ugiętych kolanach gdy usłyszał przepełniony zaskoczeniem i strachem pisk i coś w niego wpadło z impetem, niemal powalając go na ziemię. A właściwie jeśli miałby być precyzyjny to coś na niego wjechało. Staranowało go niczym rozpędzone tornado na kółkach. Na szczęście miał dobry refleks, dzięki czemu w porę złapał równowagę i przytrzymał swojego oprawcę pod łokcie. Gdy ujrzał jego twarz momentalnie przywołał na usta zawadiacki uśmiech. 
To była dziewczyna. Bardzo ładna dziewczyna trzeba dodać. Ubrana była w czarne szorty z wysokim stanem i zółtą koszulkę z odsłoniętymi ramionami. Na nogach miała różowe wrotki. Była niemal o głowę od niego niższa, ciemne loki okalały jasną twarz o malutkim zgrabnym nosie usianym drobnymi piegami, łagodnej linii brwi, pełnych wargach i wielkich zielonych oczach, które w tej chwili patrzyły na niego zdezorientowane. 
Krzyczałam "uwaga" dziewczyna przybrała od razu pozycję obronną i wyswobodziła się z jego uścisku.
Tak, jasne zaśmiał się Matteo łobuzersko, przeciągając głoski i ostentacyjnie poprawił ochraniacze na łokciach może po prostu chciałaś się ze mną zderzyć. 
Nieznajoma wrotkarka szeroko otworzyła usta, jakby nie wierzyła, że mógł być taki pewny siebie i bezczelny, wyprostowała się jak struna i założyła ręce na piersi. 
Uwierz mi, nie miałam najmniejszego zamiaru prychnęła.
Na pewno? Matteo wykorzystał jedną ze swoich uwodzicielskich sztuczek, objechał ją dookoła niczym drapieżnik swoją zwierzynę i pochylił się nad nią na odległość pocałunku. Obróciła się wokół własnej osi, by stanąć z nim ponownie twarzą w twarz. Wyglądała na zdziwioną jego zachowaniem, ale takie samo zdziwienie okazałaby zapewne gdyby ujrzała dwugłowego psa albo mężczyznę pływającego w przeremblu. Obserwowała go bacznie jakby był terrorystą trzymającym palec na detonatorze bomby.
Wiele dziewczyn by właśnie chciało wyszeptał jej prosto do ucha mając nadzieję, że to ją rozbroi. I rzeczywiście, wytrąciło ją to z otępienia, w którym częściowo tkwiła. Odjechała kilka kroków dalej i uniosła brwi wyzywająco.
Doprawdy? rzuciła a czemu? W odpowiedzi Matteo posłał jej jeden ze swoich najbardziej czarujących uśmiechów i wskazał na siebie, z rozbawieniem wypinając pierś do przodu. Dziewczyna zmierzyła go spojrzeniem z góry na dół, kpiąco unosząc brwi. Dobrze wiedział, co zobaczyła. Matteo Balsano,najbardziej pożądanego szesnastolatka na tej półkuli, Gdy wzrokiem powróciła do jego twarzy na jej ustach wykwitł szeroki uśmiech. Rozświetlił całą twarz i oczy, które w jednym momencie rozbłysły jak szmaragdy.
 Matteo zmrużył oczy niepewny co to za kołatanie, któe odczuł w okolicy piersi. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to ten uśmiech spowodował przyspieszenie bicie serca. Miewał już wiele dziewczyn, ale żadna z nich nie posiadała uroku, zdolnego oślepić go w jednej sekundzie. Mimo, że dziewczyna  zachichotała i przewróciła oczami Matteo przyznał sobie w myślach punkt. Rozbawił ją, czyli nie zirytował jej tak bardzo jak próbowała utrzymać. 
 —Muszę lecieć powiedziała już znacznie łągodniejszym tonem i nim się obejrzał odwróciła się na pięcie i odjechała.
Jak masz na imię? zawołał za nią. 
W odpowiedzi usłyszał jej śmiech. Śmiech, który przypominał dźwięki wydawane przez rozbawioną czterolatkę. 
Matteo uśmiechnął się szeroko. To było naprawdę przedziwne spotkanie. 


Gdy kilka godzin później wrócił do hotelu niezmiernie się zdziwił widząc wrotkarkę z placu rozmawiającą z chłopakiem obsługującym gości za reastauracyjnym barem. Wciąż miała na sobie wrotki i Matteo zastanawiał się czy kiedykolwiek ściągała je z nóg. Roześmiana czekała na zamówienie a gdy zostało wydane z tacą w ręku odjechała w kierunku hotelowego basenu. 
Kelnereczka" pomyślał z rozbawieniem. Zaintrygowany ruszył jej śladem, ale w tłumie innych klientów nawet go nie zauważyła. 
Z dużą gracją lawirowała między lażakami i tłumami turystów opalających się w strojach kąpielowych i zatrzymała się przed wylegującą się na rozkładanym hamaku przy basenie blondynką w czarnym bikini i okularach przeciwsłonecznych od Channel.


Proszę, shake czekoladowy, podwójne frytki i ryba po grecku zaanonsowała wrotkarka   
smacznego.
No nareszcie blondynka podniosła się z hamaka i stanęła naprzeciw wrotkarki wy tam śpicie przed barem czy gracie w grę "najgorsza obsługa w historii"? Od czterdziestu minut czekam tu na jedzenie jak kołek!
—   Proszę wybaczyć, ale ruch jest ogromny a mój kolega dzisiaj pracuje sam, bo reszta ekipy się rozchorowała albo wzięła wolne w ramach dnia wypoczynku na plaży wyjaśniła brunetka nie tracąc rezonu pomagam mu dodała z uśmiechem wskazując na czarny fartuszek przewiązany przez jej biodra. 
Ach tak blondynka zbliżyła się do niej na niebezpieczną odległość z założonymi rękoma a więc pomagaj szybciej. 
Wrotkarka zmrużyła oczy i odetchnęła głęboko, najpewniej powstrzymując się od niemiłego komentarza. 
—  Gwiazdunia mruknęła pod nosem i już miała odjechać, jednak blondynka nie zamierzała dać za wygraną i stanęła jej na drodze. Pech chciał, że w ręku trzymała shake'a czekoladowego a kelnereczka zareagowała za późno i nie zdążyła w porę wyhamować. Kubek z shake'iem podskoczył i jego zawartość wylała się wprost na klientkę, która narobiła niezłego rabanu. Obserwujący to Matteo nie wytrzymał i roześmiał się ukrywając twarz w dłoniach.
—  Spójrz co narobiłaś ty fajtłapo na wrotkach wrzasnęła blondynka z oburzeniem to jest skandal! Natychmiast powiadomię o tym kierownika hotelu! Nie ujdzie ci to płazem żałosna gówniaro! A ty tam z czego się śmiejesz? dodała zauważając bruneta, usiłującego zdusić śmiech może ze mnie?
Dopiero teraz sprawczyni całego tego zamieszania go zauważyła i otworzyła usta ze zdziwieniem. Z pewnością się go tutaj nie spodziewała. 
—   Spokojnie, proszę się nie przejmować odparł tymczasem Matteo chichocząc pod nosem ta dziewczyna to specjalistka we wpadaniu na ludzi. 
Wrotkarka ze zmiesmaczoną miną przewróciła oczami. 
—  Pójdę po serwetki powiedziała i ruszyła powoli w kierunku głownego wejścia restauracji. Zdołała odjechać jednak zaledwie kilka kroków gdy blondynka podstawiła jej nogę i z kpiącym uśmiechem patrzyła jak dziewczyna z przerażonym okrzykiem wpada do basenu. 
Dziewczyna w jednej chwili znalazła się na dnie. Zachłysnęła się wodą i w panice usiłowała wydostać się na powierzchnię, ale wrotki, które ciągle miała na nogach za bardzo jej ciążyly uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Pociemniało jej w oczach.  
W tej samej sekundzie w której usłyszał plusk Matteo wskoczył do wody. Pokonał chyba własny rekord czasowy, przepłynął basen i chwycił wpół tonącą dziewczynę. Wszystko to trwało zaledwie dwadzieścia sekund, już po chwili podsadzał prychającą i próbującą ciężko łapać oddech dziewczynę na krawędzi basenu. Sam usiadł obok niej i z troską poklepał po plecach próbując pomóc jej uregulować oddech. 
—  Jak ci na imię?zapytał. 
—  Jestem Luna wydyszała i spróbowała wstać wspierając się na jego ramieniu. 
 — Luna! rozniósł się krzyk i po chwili przy dziewczynie znalazł się chłopak, w którym Matteo rozpoznał kelnera zza lady. Był śmiertelnie przerażony. Powiódł dłońmi po jej twarzy, ramionach, badając czy nigdzie nie jest uszkodzona, czy nie ma złamań. Luna skołowana poddawała się temu. 
—   Dyrygentka nas zabije westchnął chłopak, otoczył ją ramieniem i poprowadził w stronę głównego wejścia restauracji. 
Matteo nie zwracał uwagi na przypatrujących się całej scenie ludzi. Patrzył za nimi a wzrok spuścił dopiero gdy zniknęli za rogiem. Zmarszczył brwi gdy dostrzegł coś złocącego się na dnie basenu. Bez zastanowienia wskoczył do wody aby to wyłowić.Okazało się, że to złoty medalion w kształcie półksiężyca, wysadzany najprawdziwszymi diamentami. Był piękny i od pierwszej chwili czuł, że ma w sobie tajemnicę. 
Nie miał jednak pojęcia, że przez następne dwa dni Luna będzie odchodzić od zmysłów przekonana, że na zawsze utraciła pamiątkę droższą nawet nad jej ukochane wrotki. 


Dwa dni później


Sądził, że zwrócenie jej medalionu nie powinno być trudne. W końcu pracowała w hotelowej restauracji. Nic bardziej mylnego. Okazało się, że w ciągu tych dwóch dni ani razu nie pokazała się w obrębie hotelu. Może dochodziła do siebie po tym jak prawie utonęła a może po prosu się mijali. Teoretycznie mógłby poprosić tego kelnerzynę, żeby jej to oddał, ale nie wyglądał mu na specjalnie rozgarniętego. Tak czy inaczej zaczynał dochodzić do wniosku, że będzie do tego zmuszony, gdy niespodziewanie któregoś wieczoru spotkał ją zmierzającą w stronę bramy wjazdowej do hotelu. 
Wyjątkowo nie miała na nogach wrotek. Zwisały swobodnie przewieszone przez jej ramię, czekając na okazję do jazdy. Ubrana była w czerwone szorty i czarną koszulę z motywem gwiezdnym. Na nogach miała trampki a ciemne loki opadały swobodnie na jej ramiona. Jedynie grzywkę spięła z tyłu wstążką, by nie opadała jej na oczy. Szła uśmiechając się łagodnie i nucąc coś cichutko pod nosem. 
Mogę podejść bez strachu, że mnie znokautujesz albo spowodujesz plamę nie do wywabienia kelnereczko? zapytał zwracając na siebie jej uwagę. Przystanęła na sekundę a gdy ujrzała z kim ma do czynienia przewróciła oczami.
Zawsze masz takie dobre kawały królu pawiu? zapytała kpiąco. Zaskoczony uniósł brwi i stanął tuż przed nią, zagradzając jej drogę. 
Paw? Dlaczego tak mówisz?
Bo jesteś koszmarnie zarozumiały —  odparła jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. 
—   Mówisz? A ja myślę, że bardzo cieszysz się na mój widok. Wręcz omdlewasz z nadmiaru emocji rzekł z rozbawieniem. 
—   Chyba sobie ze mnie żartujesz —  warknęła —  jesteś najbardziej nieznośną osobą na świecie. 
—   Doprawdy? —  czy przyjemność jaką odczuwał z droczenia się z nią nie podchodziła już pod jakieś psychiczne zaburzenie? a ja myślę, że zmienisz zdanie gdy zobaczysz co ten paw skrywa w swoim wachlarzu. 
—   Czyżby bilet w jedną stronę na drugą półkulę? —  zapytała z udawanym entuzjazmem. Pogroził jej palcem i z kieszeni wyjął swoje znalezisko. Pozwolił by łańcuszek zawisł mu na palcu i z zainteresowaniem obserwował jej reację. Uśmiech natychmiast zniknał jej z twarzy niczym zmyty przez deszcz. 
—   Mój medalion —  szepnęła —  sądziłam, że przepadł. 
—   Na szczęście masz swojego anioła stróża —  odpowiedział i stanął za nią chcąc jej go zapiąć na szyi, ale schwyciła złoty księżyc  w dłonie i uniemożliwiła mu ten ruch. Uśmiechnął się pod nosem i znów stanął przed nią. 
—   To już są dwie. 
—  Co dwie? zdziwiła się Luna.
—   Dwie przysługi, które jesteś mi winna —  wyjaśnił naśladując jej ton sprzed chwili gdy mówiła, że jest zarozumiały —  Może się przedstawię —  zaproponował —  Matteo-Paw- Balsano. 
To mówiąc pochylił się z zamiarem złożenia na jej policzku grzecznościowego całusa, ale powstrzymała go odpychając jego twarz otwartą dłonią z szerokim uśmiechem. 
—   A, jasne —  westchnął kręcąc głową z rozbawieniem masz jakieś plany na wieczór?
dodał posyłając jej swój najbardziej olśniewający uśmiech. Luna przerwóciła oczami z pobłażaniem.
 —  Jesteś Matteo Król Paw Balsano —  zaśmiała się a Matteo uniósł brwi na te słowa —  ja muszę już lecieć do domu. A ty do swojej dziewczyny, więc nie pownieneś zadwać mi takich pytań. 
—   Skąd wiesz o mojej dziewczynie? —  zdziwił się. 
W odpowiedzi Luna wskazała na głowne wejście hotelu, w którym pojawiła się efektowna  brunetka o nieco lisim wyrazie twarzy. Matteo odwrócił się by na nią spojrzeć a Luna wykorzystała jego nieuwagę i niepostrzeżenie się ulotniła. 
—   Witaj skarbie —  zaczęła dziewczyna, skłądając na jego ustach powitalnego całusa. 
—   Katja, kochanie —  Matteo uśmiechnął się patrząc jej prosto w piwne oczy —  musimy porozmawiać. 
Tego dnia po raz ostatni widział Lunę w Cancum i tego dnia też po raz kolejny został singlem. Nie żałował tej decyzji, Katję poznał w tutejszym hotelu i nigdy nie planował tego związku przenosić na wyższy poziom. Przecież i tak za kilka dni miał wyjechać do Argentyny i już  więcej jej nie spotkać. Całe szczęście, że nigdy nie przywiązywał się szczególnie do tych wszystkich dziewczyn, które lubiły nazywać siebie "jego dziewczynami". 
Zasypiając tej nocy uśmiechał się odtwarzając w myślach ciepły głos Luny, gdy po raz pierwszy nazwała go "królem pawiem". Dziwnym trafem tą samą nutę słyszał później za każdym razem gdy używała tego określenia.




— Matteo, żyjesz? —  głos Gastona przywrócił go do rzeczwystości —zawiesiłeś się czy co? —spytał wyraźnym poirytowany.
Matteo gwałtownie zamrugał powiekami wybudzając się z transu.
— Tak a co myślałeś? — zaśmiał się poklepując kumpla po plecach —zacząłeś przynudzać, więc się wyłączyłem. 
Gaston przewrócił oczami z udawaną urazą. 
— Lepiej już chodźmy — westchnął i popchnął Balsano w kierunku głównego wejścia Rollera. Usiedli przy swoim ulubionym stoliku w pobliżu sceny i zamówili dwa truskawkowe koktajle. Matteo właśnie opowiadał przyjacielowi o swoich wakacjach we Włoszech gdy niespodziewanie usłyszał śmiech, którego nie mógł pomylić z żadnym innym. Irytujący i ponad wszystko niechciany śmiech rozbawionej czterolatki. Obrócił się w tamtym kierunku i ujrzał Lunę obróconą do niego plecami. Siedziała w kącie sali w towarzystwie szkolnej kujonki Niny Simonetti o której tyle nieprzyjemnych komenatrzy zdążył się nasłuchuć od Ambar. żadna z nich go nie zauważyła, swobodnie rozmawiały i chichotały pod nosem gdy nagle Luna zareagowała perlistym śmiechem na jakąś zabawniejszą uwagę Niny. Śmiechem, który ktoś bezstronny z pewnością uznałby za uroczy. Matteo zmrużył oczy w zamyśleniu. 
— Co robisz? — zdziwił się Gaston, ale przyjaciel już go nie słyszał.Ruszył w kierunku stolika dziewczyn.
—Roller to chyba nieodpowiednie miejsce do nauki kelnereczko — rzucił Matteo a Luna podskoczyła w miejscu ze strachu. Podobnie jak Nina, która właśnie upijała łyk swojego bananowego shake'a. Zaczęła się ksztusić. 
—Nina? Nina co się dzieje? —wołała Luna i próbowała jej pomóc poklepując po plecach. Nina parskała i prychała, okulary zsunęły jej się z nosa i z brzękiem upadły na podłogę, zrobiła się purpurowa na twarzy i nie była w stanie słowa wyksztusić. W tej samej sekundzie w której Matteo chwycił ją pod ramię Gaston zareagował impulsywnie, chwycił ją od tyłu i zastosował na niej chwyt Heimlicha. Przerażona Luna i połowa Jam&Roller obserwowali jak Nina rozpaczliwie próbuje złapać oddech a po kilku sekundach, które zdawały się być wiecznością wypluwa felerny kawałek banana na blat stołu. Zarzęziła i osłabiona osunęła się w ramiona Gastona. Ciężko oddychała. 
— Boże Nina wszystko w porządku? —spytała Luna. Simonetti nie była w stanie odpowiedzieć więc tylko skinęła głową. Gaston opiekuńczo otoczył ją ramieniem. 
— Podaj mi jej torebkę —poprosił Lunę a ta zdziwiona zmarszczyła brwi — Przykro mi Luna, ale na dzisiaj chyba koniec waszej nauki. Odprowadzę ją do domu. 
To mówiąc wyprowadził skołowaną dziewczynę z Rollera. Przed wyjściem Nina dołała jedynie posłąć koleżance oszołomione spojrzenie. 
"Co tu się do cholery stało?" zdawały się mówić jej oczy. 
Po wyjściu Gastona i Niny Matteo ponownie skupił całą swoją uwagę na dziewczynie przed sobą. 
—No proszę, pierwszy dzień i już nie radzisz sobie ze standardami w Blake? —spytał kpiąco wskazując na podręczniki rozłożone na stoliku. 
—Myślę, że jestem na tyle zdolna, że sobie poradzę —odparła Luna siląc się na uśmiech — ale dzięki za troskę Matteo. 
— W to, że sobie poradzisz nie wątpię. Zwłaszcza jeśli wykorzystasz w tym celu nieśmiałą Ninę —powiedział z konspiracyjnym szeptem. 
Luna zmarszczyłą brwi. 
— Masz jakiś problem królu pawiu? —Luna założyła ręce na piersi — nie wiem czy zauważyłeś co spowodowałeś. 
Matteo podrapał się po karku udając zakłopotanie. 
— Jutro w szkole przeproszę Ninę —powiedział ze złośliwym błyskiem w oku —zrobię coś na co ty nie umiesz się zdobyć Chociaż właściwie to twoja wina. Trzeba było tu nie przychodzić. 
—Mówisz zagadkami Matteito —prychnęła Luna — mam się domyślać o co ci chodzi czy wreszcie powiesz to wprost? 
—Chcesz wprost? —Matteo pochylił się nad nią na odległość pocałunku. Mógł policzyć wszystkie piegi na jej nosie. W jej oczach dostrzegł błysk, który mógł oznaczać zaniepokojenie. Czuła się zagrożona w jego towarzystwie? 
— Nie zauważyłaś, że to już nie jest twój dom? Ciężko uwierzyć, że ktoś mógł o tobie zapomnieć? Jam&Roller nie jest dla każdego komu zamarzy się tu przychodzić. Nie jesteś tu mile widziana kelnereczko.
Czas stanął w miejscu. Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia. W kącikach oczu Luny zebrały się łzy i widok ten sprawił, że prawie pożałował swoich słów. Prawie. Luna gwałtownie zamrugała powiekami i łzy spłyneły po jej rumianych policzkach rozmazując tusz. Była na siebie wściekła, że okazała mu swoją słabość. Gwałtownym ruchem zerwała się z miejsca, zebrałą wszystkie swoje rzeczy do torby i wybiegła z Jam&Roller odprowadzana spojrzeniami kilkorga klientów oraz Nico i Pedro, pracujących za barem.



niedziela, 2 października 2016

Rozdział 2. Sugestie.


Przez moment, krótką chwilę, Luna zapomniała jak się oddycha. Już zdążyła zapomnieć jaki wpływ miały na nią te oczy, wpatrujące się w nią z taką intensywnością, jakby chciały przewiercić ją na wskroś.

— Co tam królu pawiu? — zagadnęła z największą nonszalancją, na jaką tylko było ją stać. Na dźwięk dawnego przezwiska mimowolnie wargi chłopaka rozciągnęły się w zawiadiackim uśmiechu.
— Nic takiego poza tym, że po raz pierwszy od roku zostałem staranowany przez piędziesiąt kilogramów żywej masy — odparł, wzruszając ramionami — ty i twoja niezdarność przyjechaliście na wakacje czy może zamierzasz wrócić do Buenos Aires na stałe?

Luna zmarszczyłą brwi słysząc ironię w jego głosie. To prawda, Matteo zawsze był arogancki i zarozumiały, często sobie dogryzali ale nigdy  w taki sposób.  Mimo że uśmiechał się łobuzersko w jego oczach Luna dostrzegła niezwykłą powagę i zrozumiała, że on naprawdę oczekuje odpowiedzi.

— Wróciłam do Black — powiedziała wymijająco i spuściła wzrok na swoje pomalowane na szaro paznokcie. Właściwie nie musiała mu się z niczego tłumaczyć. Nawet nie byli przyjaciółmi, choć istotnie spędzali ze sobą mnóstwo czasu- głównie na kłótniach i treningach, ale zawsze...
— To wspaniale, brakowało nam tu kolejnej gwiazdy — teraz dziewczyna była już pewna, że słyszy wyraźny cynizm w jego głosie. — może tym razem będziesz miała na tyle odwagi, żeby z kolejnym wyjazdem poczekać do zakończenia eliminacji.
— Wiesz co? To nie twoja sprawa! — warknęła, ze złością marszcząc brwi. Chciała powiedzieć coś więcej, ale wtedy podeszła do nich Ambar i ujęła Matteo pod ramię.
— Kochany, jak zwykle zachowałeś się odpowiednio i serdecznie przywitałeś moją przyjaciółkę — zaświergotała, łapiąc się za serce niby to ze wzruszeniem — naprawdę bardzo się cieszę Lunita... Kochanie idziemy? Zaraz spóźnimy się na lekcje a wiesz jak tego nie cierpię.— dodała i pociągnęła go w stronę schodów.
— Do zobaczenia na zajęciach teatralnych Kelnereczko — zawołał za nią Matteo nim razem z Ambar zniknęli w tłumie uczniów.
" Naprawdę dużo się zmieniło " — myślała oszołomiona Luna, odrzucając na plecy burzę ciemnych loków.



Na matematykę dotarła spóźniona. Nauczycielka, pani Preston, ściągnęła brwi niezadowolona, ale pamiętała ją sprzed roku, więc bez słowa wskazała jedyne wolne miejsce, obok ciemnowłosej dziewczyny w okularach. Luna skupiła wzrok na zadaniu, prezentującym się na tablicy. Wiedziała, że nie została przypisana do swojej starej klasy, więc części z tych ludzi nawet nie znała. Za to oni przez całą lekcję przypatrywali się jej ciekawie. Było to naprawdę niepokojące uczucie. 

Pod koniec zajęć Luna miała wrażenie jakby jej głowa gotowała się do eksplozji. Wiedziała, że poziom nauczania większości meksykańskich szkół nijak ma się do poziomu w Black, ale nie sądziła, że będzie miała aż takie zaległości. Przy dziesiątym równaniu poddała się całkowicie i już nie próbowała nawet udawać, że to jej nie przerasta. Odłozyła długopis i nerwowo potarła skronie.

— Mogę ci pomóc jeśli chcesz — usłyszała cichy szept. Ze zdziwieniem spojrzała na dziewczynę, obok której usiadła.
— No wiesz, z zadaniami — dodała tamta, nieśmiało spuszczając głowę. W ten oto sposób, świadomie czy nie, ukryła twarz za kurtyną włosów — mam same szóstki i masę wolnego czasu.
— No co ty, na pewno masz ciekawsze zajęcia niż użeranie się z takim beznadziejnym przypadkiem jak ja — Luna wbrew sobie uśmiechnęła się szeroko i z zaciekawieniem przyjrzała się dziewczynie. Była naprawdę ładna, choć bez wątpienia  różniła się od swoich szkolnych koleżanek. Miała długie, proste, ciemnobrązowe włosy, idealnie wykrojone, choc cienkie usta, zęby, z którymi mogłaby startować w reklamach płynu do płukania jamy ustnej z właściwościami wybielającymi, słodko zadarty nos i ciepłe brązowe oczy. Nawet ogromne okulary w czerwonych oprawkach, które bez przerwy poprawiała na nosie nie zdołąły jej oszpecić a jedynie dodały jej uroku.
— Nina Simonetti — przedstawiła się dziewczyna i po raz kolejny spuściła wzrok jakby bała się na nia spojrzeć. To sprawiło, że Luna nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem.
— Luna Valente — odpowiedziała, ściskając jej dłoń.

 — Valente! Simonetti! Wracajcie z chmur na ziemię!  —  warkneła nauczycielka.
Przez klasę przetoczył się stłumiony śmiech.
 Luna nie miała nawet pojęcia, że ta nowa niewinna znajomość będzie symbolem początku życia, jakiego pragnęła wracając do Buenos Aires.


















poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rozdział 1. Nowy Początek


No więc tak, ten rozdział to taki prawdziwy wstęp do historii, mam nadzieję, że rozumiecie o co w nim chodzi i nie ma żadnych niejasności. Proszę o komenatarze, żebym wiedziała ile osób to w oógle czyta i co o tym myślicie. To opowiadanie przechodzi okres próbny, więc jeśli się nie spodoba to po prostu bez krzyku je usunę ;) 

Enjoy ;p






Lunita, no nareszcie, ile można na ciebie czekać — prychnęła Ambar, poprawiając idealnie zakręcone jasne włosy i przewróciła oczami w kolorze górskiego lodowca. Dziewczyna podeszła do samochodu, przy którym już czekała na nią panna Smith razem z szoferem, Tito, którego Luna poznała dopiero tydzień temu, w pierwszy dzień po swoim przyjeździe do Buenos Aires. Do tej pory przechodziły ją dreszczu na wspomnienie powitania, jakie zaserowali jej mieszkańcy posiadłości.




Tydzień wcześniej 


        Z lotniska odebrał ją tata. Łzom wzruszenia i uściskom nie było końca a gdy mknęli ulicami zatłoczonego Buenos Aires Luna cieszyła się jak małe dziecko. Odkąd rok temu wyjechała nie zawitała do Argentyny ani razu, to bliscy raczej odwiedzali ją, nie na odwrót. Dopiero teraz uświadomiła sobie jak bardzo tęskniła za pędem życia i mozliwościami, jakie dawało to miasto. Za energią mijanych po drodze ludzi, zapachem morza i wspomnieniami, które za sobą zostawiła. Miała wrażenie, że każda uliczka, każda mijana kafejka, wszystkie drzewa, każdy plac, przy którym dzieciaki wykonywały nieprawdopodobne akrobacje nasączony jest echem życia, które tu niegdyś prowadziła. Niemal podskakiwała w fotelu oglądając to wszystko z entuzjazmem turystki, przy akompaniamencie "Love is the name", płynącej z samochodowego radia. 
       Dopiero, gdy zatrzymali się przy rezydencji Bensonów ten znajomy ucisk w żołądku powrócił ze wzdwojoną siłą. 
        Posiadłość budziła w niej takie same uczucia jak cztery lata temu, gdy ujrzała ją po raz pierwszy. Otoczona bramą z kutego złota i zaopatrzona we wszelkie środki ochrony przypominała fortecę księżniczek z bajek Disneya. Własność Bensonów rozciągała się na kilka kilometrów, zagospodarowanych na niesamowity ogród różany, palmowy, niewielkich rozmiarów sad jabłkowy, krzaki wycięte przez ogrodnika-artystę w przeróżne niesamowite wzory, oraz fontannę. Przy najmniejszym powiewie wiatru w powietrzu unosił się zapach kwiatów, który powodował, że na twarzy Luny momentalnie pojawił się cień uśmiechu. A pośród roślinności znajdował się dom, przypominający pałac. Od kremowych ścian i pozłacanych ram okien odbijały się promienie popołudniowego słońca.  Powoli lecz nieubłaganie Luna zbliżała się do schodów, prowadzących do środka. W krok za nią kroczył ojciec, ciągnąc za sobą jej walizki. 
           Nacisnęła dzwonek i w sekundę potem w drzwiach stanęła jej zalana łzami matka, jak gdyby wyczekiwała jej już od dawna. Porwała dziewczynę w ramiona aż jej kasztanowe loki zawirowały w powietrzu a potem obejrzała z każdej strony. Ze wzruszeniem zauważyła, że przybyło jej kilka dodatkowych centymetrów mimo, że wciąż była bardzo drobna i że jej włosy mimo słońca ściemniały jeszcze i że najwyraźniej obcięła je od czasu, gdy widziały się ostatnio. Ale poza tym to wciąż była jej córka. Luna Valente. Jej Luna. 
         Luna z wielkimi jak orzechy, jadeitowo zielonymi oczami błyszczącymi inteligencją i radością, z zaraźliwym uroczym uśmiechem, ze zgrabnym noskiem i drobną twarzyczką anioła. 
       — Nareszcie — powiedziała Monica. Jedno słowo wyrażało więcej niż cała rozmowa. Luna uściskała ją po raz ostatni a potem przeniosła się wprost w ramiona Amandy, której nie widziała od roku. Co prawda utrzymywały kontakt internetowy i telefoniczny, ale to przecież nie to samo. A kobieta stała się jej wierną powierniczką, przyjaciółką, którą traktowała jak najukochańszą na świecie ciocię. 
       — Dziecko, jesteś taka chuda — wymruczała kobieta, ściskając ją z całych sił — ale teraz masz mamę na miejscu to już ona się postara, żeby cię trochę utuczyć — dodała, poprawiając ciemne kosmyki włosów, które wysunęły się z koka. Luna od razu dostrzegła obrączkę, połyskującą na jej palcu serdecznym i mrugnęła do niej porozumiewawczo. Żałowała, że ominęła ślub kobiety, która dała jej tyle serca, ale naprawdę nie mogła opuścić Meksyku w tym czasie i Amanda to rozumiała. 
        Niespodziewanie tuż przy nich pojawił się Rey, prawa ręka Sharon. Nawet on, choć na pozór zachowywał zimną krew i profesjonalne opanowanie z trudem krył wzruszenie. Luna nie czekała na jego krok, po prostu zarzuciła mu ręce na szyję i mocno uścisnęła. Rey objął ją ramieniem delikatnie. 
     — Dobrze panienkę widzieć — powiedział. 
     — Lunita — na dźwięk tego glosu uśmiech bezpowrotnie zszedł z twarzy Luny niczym krople zmyte przez deszcz. Odsunęła się od mężczyny i spojrzała wprost na blondynkę, stojącą dumnie wyprostowana u stóp schodów. Przez dłuższą chwilę obie mierzyły się na spojrzenia a cały świat wokół nich zamarł. 
         Ambar Smith, córki chrzestnej Sharon Benson, Luna nie widziała juz rok. Przez ten czas nie miały kontaktu, dziewczyna starała się w ogóle o niej nie myśleć i dlatego zdołała zapomnieć, że z powrotem do domu wiązało się również ich nieuchronne spotkanie. 
         Na pierwszy rzut oka dziewczyna widziała, że Ambar również bardzo się zmieniła. Zawsze miała perfekcyjną postawę i figurę modelki, ale teraz zyskała jeszcze nieugiętą pewność siebie, które w połączeniu stanowiły piorunującą mieszankę. Zawsze patrzyłą z góry, ale dziś wyglądała, jakby objęła w posiadanie cały świat. 
       W zeszłym roku jej włosy były proste i sięgały do łopatek, podczas gdy teraz idealnie poskręcane złote pukle opadały na wąskie ramiona i razem z grzywkę tworzyły wokół jej drobnej twarzy coś na kształt aureoli, zwieńczonej srebrną opaską. Idealny makijaż podkreślał jej nordycką urodę, zwiewna bluzeczka na ramiączkach oraz białe szorty z wysokim stanem uwydatniały jej nieskazitelną figurę a chłód w niebieskich oczach przeczył zdecydowanie uśmiechowi, który rozciągał jej pełne wargi. Podeszła do Valente powoli, panując nad każdym krokiem i gestem, niczym żmija gotująca się do ataku i objęła  z przesadnym entuzjazmem. 
      — Dobrze cię widzieć — powiedziała z nutka ironii w głosie, zakładając ciemne loki za ucho Luny. Dziewczyna zmrużyła oczy i zapatrzyła się w tak dobrze znaną twarz. Kiedyś mimo wszystkiego co je dzieliło umiała z niej czytać jak z otwartej księgi, ale teraz miała wrażenie, jakby Ambar założyła maskę, która skrywała wszelkie emocje pod powierzchnią. Nie dostrzegła nic poza wyzywającym błyskiem w oczach. 
       — Jakbym nigdy nie wyjeżdzała, przyjaciółko — odparła, celowo naciskając na ostatnie słowo a uśmiech, którym obdarzyła ją tym razem blondynka tylko potwierdził jej przypuszczenia. Ale już w Meksyku wiedziała, że powrót wcale nie będzie taki prosty. 
       — Witaj w domu — rozległ się głos pani domu. Ich oczom ukazała się Sharon Benson, wysoka dystyngowana blondyka wyglądająca na nieco ponad piędziesiąt lat, jak zawsze elegancka i perfekcyjna w każdym cału. 
       Gdy podeszła do Luny, by nad wyraz wylewnie okazać jej swoją radość z ponownego spotkania Ambar przewróciła oczami i ukradkiem wymknęła się do swojego pokoju. 


      — Halo, śpiąca królewno! — zniecierpliwiony głos Ambar wyrwał ja brutalnie ze świata wspomnień. Luna spojrzała na dziewczynę półprzytomnie a ta przewróciła oczami.
       — Żeby było jasne, do szkoły się spóźniać nie zamierzam — oświadczyła twardo — więc albo wsiadasz do tego cholernego samochodu albo będziesz za nim biegła.
       Luna uśmiechnęła się sztucznie i przewróciła oczami. Obiecała sobie, że będzie dzielna, ale ten dzień, choć dopiero się zaczął, zupełnie ją psychicznie wykończył.


** 


      Droga do szkoły przebigła w zupełnej ciszy a gdy tylko samochód się zatrzymał Ambar wystrzeliła jak z procy w kierunku szkoły. Luna powolnym krokiem podążyła za nią a gdy zatrzymała się przed głównym wejściem poprawiła włosy, opadające na plecy, wzięła głęboki wdech, strzepnęła niewidzialny pyłek ze swojej granatowej spódniczki, uniosła głowę i wkroczyła do środka.
To było jak scena z żenującego hollywodzkiego filmu. Na jej widok większość uczniów zatrzymała się w pół kroku a wszystkie rozmowy jak na zawołanie przycichły. Nikt nawet nie próbował udawać, że się zwyczajnie, bezczelnie na nią nie gapi. Był czas, gdy bycie w centrum uwagi przychodziło jej zupełnie naturalnie, lecz dziś z trudem powstrzymała się przed spuszczeniem wzroku pod obstrzałem tylu spojrzeń. Wiedziała, że jej nagły wyjazd tuz przed zawodami międzynarodowymi, w których miała wziąć udział jako zwyciężczyni krajowych wywołał niemałe poruszenie, ale sądziła a włąściwie miała nadzieję, że upływ czasu w tym przypadku spowoduje spadek zainteresowania jej osobą. Bo naprawdę chciała zacząć od nowa, a tylu ludzi, dla których nadal była liderką, idolką, olimpijką, w zupełności jej nie pomagało.
    — Luna! — niezręczną ciszę przerwał Ramiro Solis, wysoki, chudy, kędzierzawy brunet — ale numer, co ty tu robisz? — zawołał i bez zbędnych ceregieli mocno objął ją ramieniem.
    — A wiesz, przechodziłam w okolicy to pomyślałam, że zajrzę — zażartowała i to momentalnie rozładowało napięcie. Nikogo już nie interesowało, co się z nią dzialo przez ten rok, tylko to, że w ogóle wróciła. Po chwili reszta szkoły przestała się interesować sceną, rozgrywającą się w holu i każdy wrócił do swoich spraw.
    — Ej ludzie — Ramiro gestem ręki przywołał kolegów, którzy natychmiast do niego podeszli. — zobaczcie kogo ja tu mam.
    — Luna?
    — Ale jaja! Czemu nie mówiłaś, że wracasz?
    — Co się z tobą działo?
    — Spokojnie, po kolei — Ramiro ostudził nieco zapał grupy — może najpierw przywitamy się jak należy co?
    Luna spojrzała po twarzach zebranych i coś ścisnęło ją w dołku. Gaston Pieridia, blondyn o niebieskich oczach i niezwykłej wrażliwości przyglądał jej się ciekawie jakby chciał zapytać co słychać, Nico uśmiechał się do niej przyjaźnie a Delfina i Jazmin, które w zeszłym roku krok w krok podążały za nią i za Ambar teraz krzywiły się i z założonymi rękami przyglądały rozwojowi wydarzeń. To była jej grupa, grupa najlepszych wrotkarzy w Jam&Roller i najpopularniejszych uczniów w szkole, którzy całą resztę mieli za motłoch i kroczyli  przez życie  z wysoko uniesionymi głowami. Luna uśmiechała się co prawda, ale za dużo rzeczy zajmowało jej myśli, żeby mogła szczerze ucieszyć się z tego spotkania.
    — Co tu się dzieje? — niespodziewanie do grupy dołączyła Ambar.
    — Czemu nie mówiłaś, że Luna wraca? Znów mamy pełen skład — ucieszył się Nico a chłopcy ochoczo mu przytaknęli. Ambar uśmiechnęła się co prawda na te słowa, ale jej błękitne oczy po raz kolejny przewiercały Lunę na wskroś, jakby chciały wypalić w niej wielką, najlepiej śmiertelną ranę.
      — Naprawdę? To cudownie. Twój wyjazd pokrzyżował nam szyki w zeszłym roku, ale myslę, że teraz możesz to naprawić — odparła kpiąco. Luna założyła ręce na piersi i pokręciła głową z niedowierzaniem. Po tygodniu miała już naprawdę dosyć tych aluzji. Dobrze wiedziała, że namieszała, ale miała swoje powody prawda? I dobrze wiedziała, że Ambar najchętniej nie oglądałaby jej już do końca swoich dni, ale musiała wrócić.
       Zapadła cisza. Mimo życzliwości w głosie i miłym słowom wszyscy wyczuli napięcie pomiędzy dziewczynami. Przywykli już do ich wzajemnej rywalizacji, lecz nie do otwartej wrogości. Obie, dumne i wyprostowane, z wysoko uniesionymi głowami mierzyły się na spojrzenia i na twarzy Ambar pojawił się cień satysfakcji, gdy to Luna jako pierwsza odwróciła wzrok. Brunetka westchnęła i spojrzała na dawnych kolegów z żalem.
    — Wybaczcie, ale teraz mam już zupełnie inne plany  — odparła zgodnie z prawdą — nie będę brała udziału w zawodach. Nie będę trenować.
    — Ale Luna jak to?Oszalałaś? — Gaston nie posiadał się ze zdumienia — chcesz rzucić wrotki z twoją pasją i talentem?
    — Tylko zawodowo — odparła dziewczyna — będę jeździć, ale nie zamierzam więcej trenować. Zdałam sobie sprawę, że to nie jest coś, czemu chcę poświęcać czas.
    — Czyli co, wystawiasz nas? — podsumował Ramiro z wyraźnym zawodem w głosie — przez jakieś...
    — Po prostu zrozumiałam, że to nie dla mnie.
    — Albo że się do tego nie nadajesz — wtrąciła Delfina ze złośliwym uśmiechem. Ambar niby ją upomniała, ale jakoś tak nieudolnie. Luna spojrzała Delfi prosto w oczy.  Wiedziała jak sprawić, by ten uśmieszek raz na zawsze zniknał z jej twarzy, ale gdy jej wzrok ponownie spoczął na Ambar zrozumiała, że wcale nie chce się już w to bawić. Coś ukłuło ją w sercu, gdy kiwnęła głową, z trudem powstrzymując łzy.
      — Być może — przyznała. Uśmiech satysfakcji ma twarzach Delfi, Jazmin i Ambar był nie do zniesienia, więc Luna przeniosła wzrok na resztę grupy. Wiedziała, że to koniec. Właśnie zamkneła rozdział, do którego nie było powrotu. Ci ludzie byli jej drużyną, ekipą najlepszych, którzy razem kroczyli do zwycięstwa. Ale ona właśnie od tego momentu przestała być jedną z nich. Nie rok temu, gdy wyjechała bez słowa pożegnania lecz teraz, gdy po prostu ich odrzuciła. Spojrzała na nich po raz ostatni, gdy obróciła się na pięcie zamierzając odejść. I wtedy na kogoś wpadła z takim impetem, ze oboje padli na ziemię jak dłudzy w akompaniamencie wrzasków i deszczu papieru, który zapewne stanowił kiedyś pracę domową.
      — Przepraszam, tak strasznie przepraszam — Luna zerwała się z ziemi i zaczęła zbierać kartki, które walały się teraz po całym korytarzu.Śmiech jej ofiary  rozniósł się echem. Najwyraźniej jej niezdarność niesamowicie go bawiła. Oboje w tym samym momencie sięgnęli po kartkę z zadaniem z geometrii a gdy ich skóra zetknęła się ze sobą przez ich ciała przeszły dreszcze. Oboje zamarli na dobrą minutę, nim unieśli wzrok.
    Te oczy, czarne, magnetyczne, uwodziecielskie rozpoznałaby nawet przez sen.
     — No proszę, kelnereczka — wymruczał, zbliżając się do niej na niebezpieczną odległość.
       Na bardzo niebezpieczną odległość.

niedziela, 31 lipca 2016

Prolog

    
Stojąc na lotnisku w Cancum Lunę ogarnęło bardzo dziwne uczucie. Gdzieś w głębi duszy czuła, że już kiedyś to przeżyła, że nie dzieje się to po raz pierwszy lecz któryś z kolei. Dopiero łzy spływające po policzkach jej najlepszego przyjaciela uświadomiły jej, że już kiedys znalazła się w podobnej sytuacji, gdy cztery lata temu musiała przeprowadzić się z rodzinnego miasta do zatłoczonego i nieprzyzwoicie żywotnego Buenos Aires. Wtedy nie wyobrażała sobie nawet, że może być coś trudniejszego niż opuszczenie Simona Alvareza, chłopaka, ktory stał się jej najlepszym przyjacielem w chwili, gdy mając cztery lata uratował ją przed małym Tobiasem Finiganem, który dokuczał jej przez całą jej przedszkolną karierę. Mimo upływu lat, odległości i tego wszystkeigo, co wydarzyło się po drodze wciąż łączyła ich niesamowicie silna, nierozerwalna więź.
     — Nie zapomnij o mnie Luna — głos mu zadrżał, gdy wypowiadał jej imię. Miał wrażenie, że dopiero co zadzwoniła do niego, by jak zwykle chaotycznie zrelacjonować bieżące wydarzenia i z wyraźnym zdenerowaniem poinformować, że wraca do domu. Do Meksyku. Do Cancum. Do niego, wspólnych tras wrotkarskich, ostrego jedzenia i miliona wspólnych wspomnień. A teraz, po roku, miałą zamiar znów go opuścić. Wrócić do Argentyny, do wspomnień, których nie mógł z nią dzielić. Stawić czoła rzeczywistości, by być taka jak w jego piosence. Odważna.
     — Simon, jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu — wyszeptała przez łzy — strasznie cię kocham. Tego nie da się zapomnieć.
Jego objęcia pozbawiły ją tchu. Trwali w uścisku, póki nie usłyszeli informacji, płynącej z interkomu wzywającej podróżnych do lotu. Płakała, idąc w kierunku barierek i wsiadając na pokład samolotu. Płakała, gdy wzbijali się w powietrze a Meksyk w dole malał z każdym przebytym metrem. Wiedziała, że teraz już nie ma odwrotu. Musiała spełnić obietnicę. Musiała być odpowiedzialna i odważna.
     A przede wszystkim musiała odzyskać swoje życie.