Luna cały wieczór przeleżała w łóżku zanosząc się płaczem. Rodzice, Sharon, Amanda a nawet Rey próbowali namówić ją do zwierzeń, ale nawet nie otworzyła im drzwi. Co jakiś czas słyszeli tylko jak ciężko nabiera oddech i żałośnie pociąga nosem.
— Martwię się o nią Miguel — powtarzała wciąż Monika i sama z trudem powstrzymywała łzy. W całym domu można było wyczuć grobową atmosferę. Powietrze było ciężkie i gęste jak budyń. Jedynie Ambar zdawała się niczego nie zauważać. Przemieszczała się pomiędzy swoim pokojem, kuchnią a salonem pogwizdując wesoło. W końcu Sharon puściły nerwy i kazała jej wrócić do sypialni. Słysząc to Ambar spojrzała na ciotkę z politowaniem i bez słowa wykonała polecenie. Była nawet zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie miała ochoty dłużej przyglądać się tym żałosnym idiotom trzęsącym się nad losem biednej Lunity a ze swojej sypialni idealnie słyszała szlochy dziewczyny co to skutecznie poprawiło jej humor.
Nad ranem Luna z ociąganiem przygotowywała się do szkoły. Nie chcąc minąć się z nikim z domowników szerokim łukiem ominęła kuchnię i nie bacząc na nawoływania mamy, żeby zjadła śniadanie wyszła frontowymi drzwiami. Przy samochodzie spotkała się z kolejną porcją dąsów i narzekań Ambar na jej wieczne spoźnialstwo, ale zignorowała to i wsiadła do auta. Usiadła bokiem i wbiła wzrok w szybę. Nie miała ochoty wdawać się w dyskusje z blondynką, która zdawała się być w dobrym jak na siebie nastroju.
— Lunita, dobrze się czujesz? — zapytała Ambar, gdy Tino zaparkował przed gmachem Blake South Collage — wydajesz się być wykończona. Czyżbyś zarwała noc? Ja też miałam z tym problem. To pewnie przez tą wczorajszą pełnię.
Luna z niedowierzaniem spojrzała na Smith. Nie mogła uwierzyć w jej bezczelność. Gdy ujrzała śmiech w jej błękitnych oczach pod powiekami zapiekły ją łzy. Zamrugała kilkukrotnie by je odgonić i pospiesznie wysiadła z auta. Niemal biegiem pognała do szkoły. Ambar tym razem nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu i wolnym krokiem ruszyła za Valente. Mina jej jednak zrzedła gdy ujrzała jak rozpędzona Luna drugi raz w ciągu dwóch dni zderza się z Matteo. Zachwiała się niebezpiecznie i brunet chyba odruchowo chwycił ją wpół. Zamarła z ciałem przyciśniętym do jego ciała, z dłońmi na jego ramionach, z palcami ściskającymi poły granatowej marynarki. Spojrzała mu prosto w oczy i Ambar nie mogła oprzeć się nieprzyjemnemu wrażeniu, że w spojrzeniu tym dało się dostrzec tęsknotę i żal. Twarz Matteo była jak maska, nie wyrażała żadnych emocji. Jedynie zaciśnięte usta mogły sugerować, że jednak jakieś emocje przeżywał. Przez myśl Luny przeszły dwie możliwości: albo był zły albo starał się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, co jego zdaniem nie powinno zostać powiedziane. Luna zastanawiała się kiedy zrobił się taki poważny.
Ciężko przełknęła ślinę wracając do rzeczywistości. Pospiesznie wyrwała się z jego objęć.
Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia. Matteo dostrzegł nieprzejednany smutek w jej oczach. Zauważył, że były zapuchnięte, zasnute mgłą zmęczenia, zupełnie jakby spędziła pół nocy na płaczu. Przez chwilę pomyślał, że to mogła być jego wina, tego co wczoraj powiedział. Zganił się jednak szybko w duchu za sam pomysł. Przecież gdyby ją obchodził, gdyby na kimkolwiek z dawnej drużyny jej kiedykolwiek zależało nigdy by ich nie opuściła. Zresztą smutek w jej spojrzeniu ustąpił miejsca stanowczości, żalowi i niechęci. Nim zdążył się zastanowić gdzie podział się jej zwyczajowy uśmiech ona już się odezwała.
— Zrób coś dla mnie i gdy następnym razem będę upadać przed tobą na kolana cofnij się kilka kroków, żebym mogła się odpowiednio widowiskowo rozłożyć — poprosiła. Siliła się na sarkazm, ale głos zatrząsł się jej przy ostatnim słowie zdradzając zdenerwowanie. Nie dając mu możliwości odpowiedzi odwróciła się na pięcie i odeszła nie oglądając się za siebie. Wzdrygnął się jakby dostał w twarz i wtedy ni stąd ni zowąd wyrosła przed nim Ambar, jego dziewczyna.
— Wszystko w porządku kochanie? — zapytała niewinnie. Zmusił się do uśmiechu i pocałował ja w policzek na powitanie.
— Tak, dlaczego pytasz?
— Bo ta sierota znów znów na ciebie wpadła, więc zastanawiam się dlaczego od razu jej od siebie nie odsunąłeś. To naprawdę żałosne Matteo, bo...
— Dosyć już tego — przerwał jej i objął ramieniem by złagodzić wydźwięk tych słów — chodźmy, bo spóźnimy się na lekcje.
Melodias Que Lo Cuentan Todo
wtorek, 23 stycznia 2018
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Rozdział 3. Zderzenie z rzeczywistością
W towarzystwie nowej
koleżanki Luna spędziła cały szkolny dzień.Tak jak sądziła
dziewczyna była niesamowicie skryta. Minęło sporo czasu nim
spojrzała jej prosto w oczy a na lekcjach, mimo że zawsze
odpowiadała bezbłędnie sama nigdy się nie zgłaszała a gdy już
musiała się wypowiedzieć spuszczała wzrok i niezmiennie się
rumieniła jak gdyby wstydziła się własnej wiedzy.
Z kolei sposób w jaki na
nią patrzyła bardzo krępował Lunę. Nina miała niesamowicie
przenikliwe spojrzenie i Lunie zdawało się, że dociera nim
znacznie głębiej, niż by sobie tego życzyła. Być może Nina nie
lubiła się wychylać, ale nie oznaczało to, że była całkowicie
wycofana i skupiona na własnym świecie. Wręcz przeciwnie, była
bardzo bacznym obserwatorem. Od razu dostrzegła, że Luna porusza
się po szkole bez przewodnika ani mapki, które każdy nowy uczeń
otrzymuje pierwszego dnia w sekretariacie. Widziała to
zainteresowanie jakie wzbudzała mimo, że nikt nie kwapił się by
podejść i zwyczajnie zagaić rozmowę. Co prawda sama nie mogła
narzekać na nadmiar znajomych, skądinąd wydało jej to wszystko
się doprawdy przedziwne. Była jednak zbyt taktowna, by o cokolwiek
pytać. Gust rozpieszczonych do granic możliwości uczniów Blake
South Collage był wyjątkowo wyrafinowany, więc bynajmniej nie było
nic niezwykłęgo w tym, że naturalna, energiczna i pełna
dziecięcej radości Luna Valente się w niego nie wpasowała.
Już od progu słyszała
muzykę i głośne śmiechy. Gwar, który o wiele bardziej niż
neonowy napis i przeszklone, tęczowe drzwi utwierdził ją w
przekonaniu, że dobrze trafiła. Pamiętała gdy znalazła się
tu po raz pierwszy, gdy po raz pierwszy poczuła magię, która
przenikła ją od środka. Pamiętała, gdy dreszcz ogarniający jej
ciało uświadomił jej, że za tym progiem odkryje coś, co na
zawsze odmieni jej życie. I tak było w istocie. Pomimo upływu
czasu i częstotliwości, z jaką tu niegdyś bywała to niezwykłe
uczucie jej nie opuszczało. Łza zakręciła jej się w oku na
wspomienie wszystkich wspaniałych chwil, które tu przeżyła. Tym
gorzej znosiła fakt, że Nina spóśród wszystkich miejsc na ziemi
postanowiła się z nią spotkać akurat tutaj. Co prawda Luna
próbowała delikatnie protestować, ale jej koleżanka była tak
nieugięta że w końcu uległa. Nie potrafiła zresztą nawet
udawać zdziwionej, że koleżankę zachwycił urok miejsca, które
sama kiedyś nazywala drugim domem.Wspomnienia dopadły ją w chwili
gdy stanęła przed drzwiami Jam&Roller. Jedne przyjemniejsze od
drugich, ale wszystkie powodowały ścisk w gardle i łzy napływające
do oczu. Musiałą zmierzyć się z własnymi demonami, nie miała
wyboru.
Luna zamaszyście
otworzyła drzwi. Jej nozdrza uderzył zapach świeżych owoców
połączony z wonią preparatu do czyszczenia wrotek. Była to
dziwna, ale jakże przyjemna mieszanka.Luna rozejrzała się wokół
wbrew własnej woli z zachwytem. Przeniknęła ją magia tego
miejsca. Zupełnie się nie zmieniło. Te same błękitne ściany
ozdobione artystycznym grafitti stworzonym przez drużynę Rollera,
ta sama scena gotowa na przyjęcie kolejnego występu, ten sam bar
przy którym tłoczyła się spragniona młodzież, te same stoliki i
pufy utrzymane w brzoskwionym tonie. W oddali dostrzegła parę
znajomych twarzy, ale tłum był na tyle gęsty, że nawet się tym
nie przejęła.Wzięła jeden uspokajający wdech i ruszyła przed
siebie w poszukiwaniu koleżanki.
Nina siedziała przy
najbardziej oddalonym stoliku, w kącie sali. Była tak pochłonięta
lekturą, którą akurat czytała, że nawet nie zauważyła jej
przybycia. Luna z zaciekawieniem pochyliła się by zobaczyć tytuł.
— Wirzchowe Wzgórza?
— odczytała. Na dźwięk jej głosu Nina podskoczyła zaskoczona —
nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Katy — ciągnęła dosiadając
się do koleżanki.
— No coś ty, to jest
piękna historia niespełnionej miłości. Opowieść o tym do czego
tak wielkie uczucie może doprowadzić. Przestroga dla tych, którzy
nie rozumieją jak wielką siłę nad naszą teraźniejszością ma
przeszłość — rozmarzyła się Nina — Gdyby
Heathcliff od początku traktowany był jak równy, umiałby w ten
sam sposób traktować innych. Gdyby Katy nie była całe życie
księżniczką dostrzegłaby, że świat nie kręci się wokół
niej. Gdyby nie byli tak ślepo zapatrzeni w siebie i własne uczucia
nie powielaliby błędów i być może ich historia zakończyłaby
się inaczej.
—Jesteś raczej
romatyczką co? — zauważyła Luna z rozbawieniem.
— Ależ skąd — Nina
od razu spuściła z tonu — po prostu bardzo lubię tę powieść.
Czytam ją już z dwusetny raz i zawsze dostrzegam coś nowego. —
na potwierdzenie swoich słów pokazała jej rozwartą na stronie
piędziesiątej ósmej powieść. Strony były tak pogięte przez
wielokrotne przewracanie i tak pomarszczone, że widać było
dokładnie w którym miejscu właścicielka książki zatrzymywała
się na dłużej a w którym roniła łzy nad losem i wyborami Katy i
Heathcliffa. Najwyraźniej Nina należała do tych osób, dla których
książki były wrotami do innego świata a ich bohaterowie żywymi
istotami, którym należy się współczucie. Luna zaśmiała się na
tą myśl.
— Myślę, że możesz
mieć rację — przyznała po chwili — ale tak szczerze mówiąc
chciałabym się z tobą zamienić na mózgi. Jesteś humanistką i
umysłem ścisłym w jednym. To rzadkie połączenie, jestem tego
najlepszym przykładem.
Nina zarumieniła się na
te słowa i znów spróbowała ukryć swoje zawstydzenie za kurtyną
włosów.
— Dlaczego to robisz?—
spytała Valente unosząc brwi — przepraszam, jestem chyba zbyt
bezpośrednia. — dodała w odpowiedzi na zaskoczenie
spojrzenie koleżanki — Chodziło mi o to, że znamy się dokłądnie
od dziesięciu godzin i może jestem roztargniona i momentami trochę
nieobecna, ale nawet ja zdążyłam w tym czasie zauważyć, że za
każdym razem gdy pokazujesz jaką niesamowicie wnikliwą jesteś
osobą zaraz zamykasz się w sobie jakby to było coś
niedozwolonego.
— Uważasz...
Uważasz, że jestem wnikliwa? — oczy Niny powiększyły się do
rozmiarów pięciocentówek.
— Jasne —
zaśmiała się Luna — kto inny dostrzegłby tyle różnych
wymiarów w tak prostej historii, rozwiązał błyskawicznie
natrudniejsze zadania z algebry i dostrzegł, że nowa znajoma pilnie
potrzebuje pomocy? Dziwię się, że mózg ci jeszcze nie wybuchł z
przepracowania.
Tym razem obie zaśmiały
się głośno.
— Mówisz
tak tylko dlatego, że chcesz być miła.
— Masz rację —
przyznała Luna przywołując na twarz chytry uśmieszek — i żebyś
mi jak najdokładniej wszystko wyjaśniła. Naprawdę sobie nie radzę
z tymi równaniami.
Kolejny wybuch śmiechu
całkowicie rozluźnił atmosferę. Nina wyciągnęła podręcznik i
zeszyt a Luna pochyliła się nad stolikiem skupiając się z całych
sił na słowach koleżanki. Przez kolejne godziny Simonetti ani razu
nie próbowała stać się niewidzialna.
****
Matteo Balsano cieszył
się mianem jednego z najlepszych uczniów w Blake South Collage i
choć zwykle pławił się w pożądliwych spojrzeniach dziewcząt i
zazdrości ich chłopaków tego dnia najchętniej wróciłby do domu.
Wszystko za sprawą jednej małej istotki, która postanowiła wrócić
do Buenos Aires jak gdyby nigdy nic i która już pierwszego dnia
wpadła na niego niczym huragan.
Znowu.
Podejrzewał, że to
dlatego w szkole wrzało jak w ulu a Ambar cały dzień była nie do
zniesienia posyłając wszystkim sztuczne uśmiechy, naradzając się
z Delfi i Jazmin półszeptem i zbywając go prychnięciem za każdym
razem gdy próbował dowiedzieć się co się dzieje. A coś działo
się na pewno. Ambar musiała wiedzieć co, w końcu jeśli Lunę
było stać na powrót do tak prestiżowej szkoły oznaczało to
tylko tyle, że jej rodzice wciąż pracowali w willi pani Benson. To
wszystko powodowało, że Matteo przeczuwał kłopoty. Jakiś
podskórny prąd mówił mu, że zbliża się burza, nawałnica
potężniejsza i bardziej niszczycielska niż cokolwiek co
kiedykolwiek widziało to miasto. I to wszystko z powodu jakiejś
smarkuli! To prawda, rok temu wyjechała bez słowa i owszem, była
na tyle dobra, że Tamara, ich trenerka, postanowiła wystawić ją
jako reprezentantkę Jam&Roller na międzynarodowym konkursie. I
zgoda, może zrobiła wiele szumu i podsyciłą niekoniecznie
pozytywne emocje swoim tajemniczym odejściem, ale to jeszcze nie
powód aby dawać jej tę satysfakcję i traktować jak ocalałą
księżniczkę Anastazję ponad rok później! Naprawdę, to było
zbędne zamieszanie, które całkowicie wytrąciło go z równowagi i
zmęczyło psychicznie.
Zwłaszcza, że poza
tym jednym razem nie spotkał jej już potem wcale i to powodowało,
że miał wrażenie, jakby jej powrót był tylko jakąś przedziwną
senną marą.
Tym bardziej Matteo
z ulgą przyjął dzwonek obwieszczająy koniec zajęć i propozycję
Gastona, żeby w ramach rozrywki wstąpić na koktajl do Rollera.
Naprawdę tęsknił za tym miejscem podczas wakacji w rodzinnych
Włoszech, ale teraz zastanawiał się czy nie wykręcić się złym
samopoczuciem i nie wrócić do domu. Gaston czasem naprawdę za dużo
myślał.
— Nie mam pojęcia po co
wróciła, ale fakt, że nie zamierza trenować to tylko dowód na
to, że dojrzała. Nie chce z siebie znów robić pośmiewiska —
powiedział bez emocji.
— No co ty stary, nie
jesteś ani trochę ciekawy? — Gaston poklepał go po plecach i
mrugnął porozumiewawczo. W jego oczach pojawił się błysk
właściwy dzieciom otwierającym prezent gwiazdkowy i Matteo z
trudem powstrzymał się przed zrobieniem czegoś co zmyłoby mu ten
irytujący uśmieszek z twarzy.
— Śmiało, możesz
być ze mną szczery —dodał Peridia konspiracyjnym szeptem —
póki nie ma Ambar gotowej rzucać w ciebie kryształową zastawą
swojej ciotki.
— Daj spokój
stary — roześmiał się Matteo — nie ma o czym mówić. Luna to
zamknięty temat odkąd nas wystawiła. A skoro nie planuje wracać
do drużyny nie mam z nią wspólnych tematów.
— Oj
Matteito Matteito — westchnął Gaston, kręcą głową — a może
raczej powinienem rzec "królu pawiu"?
Cancun,
24 sierpień
2015 roku
Podczas tych wakacji
Matteo zdążył polubić uroki Meksyku. Tutejszą kuchnię,
otwartość ludzi, morze a przede wszystkim ulice, które świetnie
nadawały się do jazdy na wrotkach. Było mu niemal przykro, że już
za tydzień miał stąd wyjechać, by rozpocząć życie w zypełnie
innym miejscu, tysiące kilometrów stąd. Poznać nowych przyjaciół,
dziewczyny, olśniewać kolejnych ludzi trikami na wrotkach i swoim
głosem, penetrować kolejne ulice, zapewne tylko po to by za rok lub
dwa znów wszystko to opuścić i zacząć od nowa. Takie były
cienie urodzenia się jako syn dyplomatów. Dawało mu jednak również
możliwość by poznawać inne kultury, nabierać doświadczenia i
przeżywać fantastyczne wakacje w miejscu tak urokliwym jak to.
Pocieszający był równiez fakt, że w Beunos Aires, do którego
wraz z początkiem jesieni miał się przeprowadzić miał znajomych,
bo już raz tam mieszkał, klika lat temu. Z jednym ze swoich kumpli
nawet utrzymywał kontakt, więc raczej nie będzie po raz kolejny
"tym nowym dzieciakiem".
Rozmyślał nad tym
jadąc ulicą aż dotarł na deptak. Było to jedno z jego ulubionych
miejsc. Plac otaczały budki z lodami, słodkościami, typowymi
meksykańskimi przysmakami i pamiątkami, przy których chętnie
zatrzymywali się turyści. Co ważniejsze było z niego świetnie
widać morze za którym, choć spędził tu jedynie półtora
miesiąca, z pewnością będzie tęsknił. Czując morską bryzę
uśmiechnął się do własnych myśli i zatrzymał się przy grupie
dzieciaków tańczących do muzyki płynącej ze srebrnego beat boxa.
Przyjęli go jak swego gdy zobaczyli figury, które wykonywał do
rytmu na wrotkach. Ludzie zatrzymywali się przy nich, coś między
sobą szeptali, klaskali z aprobatą, niektórzy wrzucali monety do
szarego kapelusza, leżącego na chodniku nieopodal tańczących. Nie
dało się ukryć, to łechtało próżność Matteo. Właśnie
wykonywał jedną z trudniejszych figur okręcając się wokół
włąsnej osi na ugiętych kolanach gdy usłyszał przepełniony
zaskoczeniem i strachem pisk i coś w niego wpadło z impetem, niemal
powalając go na ziemię. A właściwie jeśli miałby być
precyzyjny to coś na niego wjechało. Staranowało go niczym
rozpędzone tornado na kółkach. Na szczęście miał dobry refleks,
dzięki czemu w porę złapał równowagę i przytrzymał swojego
oprawcę pod łokcie. Gdy ujrzał jego twarz momentalnie przywołał
na usta zawadiacki uśmiech.
To była dziewczyna.
Bardzo ładna dziewczyna trzeba dodać. Ubrana była w czarne szorty
z wysokim stanem i zółtą koszulkę z odsłoniętymi ramionami. Na
nogach miała różowe wrotki. Była niemal o głowę od niego
niższa, ciemne loki okalały jasną twarz o malutkim zgrabnym nosie
usianym drobnymi piegami, łagodnej linii brwi, pełnych wargach i
wielkich zielonych oczach, które w tej chwili patrzyły na niego
zdezorientowane.
— Krzyczałam "uwaga"
— dziewczyna przybrała od razu pozycję obronną i
wyswobodziła się z jego uścisku.
— Tak, jasne —
zaśmiał się Matteo łobuzersko, przeciągając głoski i
ostentacyjnie poprawił ochraniacze na łokciach — może po
prostu chciałaś się ze mną zderzyć.
Nieznajoma wrotkarka
szeroko otworzyła usta, jakby nie wierzyła, że mógł być taki
pewny siebie i bezczelny, wyprostowała się jak struna i założyła
ręce na piersi.
— Uwierz mi, nie
miałam najmniejszego zamiaru — prychnęła.
— Na pewno? —
Matteo wykorzystał jedną ze swoich uwodzicielskich sztuczek,
objechał ją dookoła niczym drapieżnik swoją zwierzynę i
pochylił się nad nią na odległość pocałunku. Obróciła się
wokół własnej osi, by stanąć z nim ponownie twarzą w twarz.
Wyglądała na zdziwioną jego zachowaniem, ale takie samo zdziwienie
okazałaby zapewne gdyby ujrzała dwugłowego psa albo mężczyznę
pływającego w przeremblu. Obserwowała go bacznie jakby był
terrorystą trzymającym palec na detonatorze bomby.
— Wiele dziewczyn by
właśnie chciało — wyszeptał jej prosto do ucha mając
nadzieję, że to ją rozbroi. I rzeczywiście, wytrąciło ją to z
otępienia, w którym częściowo tkwiła. Odjechała kilka kroków
dalej i uniosła brwi wyzywająco.
— Doprawdy? —
rzuciła — a czemu? W odpowiedzi Matteo posłał jej
jeden ze swoich najbardziej czarujących uśmiechów i wskazał na
siebie, z rozbawieniem wypinając pierś do przodu. Dziewczyna
zmierzyła go spojrzeniem z góry na dół, kpiąco unosząc brwi.
Dobrze wiedział, co zobaczyła. Matteo Balsano,najbardziej
pożądanego szesnastolatka na tej półkuli, Gdy wzrokiem powróciła
do jego twarzy na jej ustach wykwitł szeroki uśmiech. Rozświetlił
całą twarz i oczy, które w jednym momencie rozbłysły jak
szmaragdy.
Matteo zmrużył
oczy niepewny co to za kołatanie, któe odczuł w okolicy piersi.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to ten uśmiech spowodował
przyspieszenie bicie serca. Miewał już wiele dziewczyn, ale żadna
z nich nie posiadała uroku, zdolnego oślepić go w jednej
sekundzie. Mimo, że dziewczyna zachichotała i przewróciła
oczami Matteo przyznał sobie w myślach punkt. Rozbawił ją, czyli
nie zirytował jej tak bardzo jak próbowała utrzymać.
—Muszę lecieć
— powiedziała już znacznie łągodniejszym tonem i nim się
obejrzał odwróciła się na pięcie i odjechała.
— Jak masz na imię?
—zawołał za nią.
W odpowiedzi usłyszał
jej śmiech. Śmiech, który przypominał dźwięki wydawane przez
rozbawioną czterolatkę.
Matteo uśmiechnął
się szeroko. To było naprawdę przedziwne spotkanie.
Gdy kilka godzin później wrócił do hotelu niezmiernie się zdziwił widząc wrotkarkę z placu rozmawiającą z chłopakiem obsługującym gości za reastauracyjnym barem. Wciąż miała na sobie wrotki i Matteo zastanawiał się czy kiedykolwiek ściągała je z nóg. Roześmiana czekała na zamówienie a gdy zostało wydane z tacą w ręku odjechała w kierunku hotelowego basenu.
Kelnereczka"
pomyślał z rozbawieniem. Zaintrygowany ruszył jej śladem, ale w
tłumie innych klientów nawet go nie zauważyła.
Z dużą gracją
lawirowała między lażakami i tłumami turystów opalających się
w strojach kąpielowych i zatrzymała się przed wylegującą się na
rozkładanym hamaku przy basenie blondynką w czarnym bikini i
okularach przeciwsłonecznych od Channel.
— Proszę, shake
czekoladowy, podwójne frytki i ryba po grecku —zaanonsowała
wrotkarka
— smacznego.
— No nareszcie —
blondynka podniosła się z hamaka i stanęła naprzeciw wrotkarki
— wy tam śpicie przed barem czy gracie w grę "najgorsza
obsługa w historii"? Od czterdziestu minut czekam tu na
jedzenie jak kołek!
— Proszę
wybaczyć, ale ruch jest ogromny a mój kolega dzisiaj pracuje sam,
bo reszta ekipy się rozchorowała albo wzięła wolne w ramach dnia
wypoczynku na plaży — wyjaśniła brunetka nie tracąc
rezonu — pomagam mu — dodała z uśmiechem
wskazując na czarny fartuszek przewiązany przez jej biodra.
— Ach tak —blondynka
zbliżyła się do niej na niebezpieczną odległość z założonymi
rękoma — a więc pomagaj szybciej.
Wrotkarka zmrużyła
oczy i odetchnęła głęboko, najpewniej powstrzymując się od
niemiłego komentarza.
— Gwiazdunia —
mruknęła pod nosem i już miała odjechać, jednak blondynka nie
zamierzała dać za wygraną i stanęła jej na drodze. Pech chciał,
że w ręku trzymała shake'a czekoladowego a kelnereczka zareagowała
za późno i nie zdążyła w porę wyhamować. Kubek z shake'iem
podskoczył i jego zawartość wylała się wprost na klientkę,
która narobiła niezłego rabanu. Obserwujący to Matteo nie
wytrzymał i roześmiał się ukrywając twarz w dłoniach.
— Spójrz co
narobiłaś ty fajtłapo na wrotkach — wrzasnęła blondynka
z oburzeniem — to jest skandal! Natychmiast powiadomię o
tym kierownika hotelu! Nie ujdzie ci to płazem żałosna gówniaro!
A ty tam z czego się śmiejesz? — dodała zauważając
bruneta, usiłującego zdusić śmiech — może ze mnie?
Dopiero teraz
sprawczyni całego tego zamieszania go zauważyła i otworzyła usta
ze zdziwieniem. Z pewnością się go tutaj nie spodziewała.
— Spokojnie,
proszę się nie przejmować — odparł tymczasem Matteo
chichocząc pod nosem — ta dziewczyna to specjalistka we
wpadaniu na ludzi.
Wrotkarka ze
zmiesmaczoną miną przewróciła oczami.
— Pójdę po
serwetki — powiedziała i ruszyła powoli w kierunku
głownego wejścia restauracji. Zdołała odjechać jednak zaledwie
kilka kroków gdy blondynka podstawiła jej nogę i z kpiącym
uśmiechem patrzyła jak dziewczyna z przerażonym okrzykiem wpada do
basenu.
Dziewczyna w jednej
chwili znalazła się na dnie. Zachłysnęła się wodą i w panice
usiłowała wydostać się na powierzchnię, ale wrotki, które
ciągle miała na nogach za bardzo jej ciążyly uniemożliwiając
jakikolwiek ruch. Pociemniało jej w oczach.
W tej samej sekundzie w
której usłyszał plusk Matteo wskoczył do wody. Pokonał chyba
własny rekord czasowy, przepłynął basen i chwycił wpół tonącą
dziewczynę. Wszystko to trwało zaledwie dwadzieścia sekund, już
po chwili podsadzał prychającą i próbującą ciężko łapać
oddech dziewczynę na krawędzi basenu. Sam usiadł obok niej i z
troską poklepał po plecach próbując pomóc jej uregulować
oddech.
— Jak ci na
imię?— zapytał.
— Jestem Luna —
wydyszała i spróbowała wstać wspierając się na jego
ramieniu.
— Luna! —
rozniósł się krzyk i po chwili przy dziewczynie znalazł się
chłopak, w którym Matteo rozpoznał kelnera zza lady. Był
śmiertelnie przerażony. Powiódł dłońmi po jej twarzy,
ramionach, badając czy nigdzie nie jest uszkodzona, czy nie ma
złamań. Luna skołowana poddawała się temu.
— Dyrygentka
nas zabije — westchnął chłopak, otoczył ją ramieniem i
poprowadził w stronę głównego wejścia restauracji.
Matteo nie zwracał
uwagi na przypatrujących się całej scenie ludzi. Patrzył za nimi
a wzrok spuścił dopiero gdy zniknęli za rogiem. Zmarszczył brwi
gdy dostrzegł coś złocącego się na dnie basenu. Bez
zastanowienia wskoczył do wody aby to wyłowić.Okazało się, że
to złoty medalion w kształcie półksiężyca, wysadzany
najprawdziwszymi diamentami. Był piękny i od pierwszej chwili czuł,
że ma w sobie tajemnicę.
Nie miał jednak
pojęcia, że przez następne dwa dni Luna będzie odchodzić od
zmysłów przekonana, że na zawsze utraciła pamiątkę droższą
nawet nad jej ukochane wrotki.
Dwa dni później
Sądził, że zwrócenie
jej medalionu nie powinno być trudne. W końcu pracowała w
hotelowej restauracji. Nic bardziej mylnego. Okazało się, że w
ciągu tych dwóch dni ani razu nie pokazała się w obrębie hotelu.
Może dochodziła do siebie po tym jak prawie utonęła a może po
prosu się mijali. Teoretycznie mógłby poprosić tego kelnerzynę,
żeby jej to oddał, ale nie wyglądał mu na specjalnie
rozgarniętego. Tak czy inaczej zaczynał dochodzić do wniosku, że
będzie do tego zmuszony, gdy niespodziewanie któregoś wieczoru
spotkał ją zmierzającą w stronę bramy wjazdowej do hotelu.
Wyjątkowo nie miała
na nogach wrotek. Zwisały swobodnie przewieszone przez jej ramię,
czekając na okazję do jazdy. Ubrana była w czerwone szorty i
czarną koszulę z motywem gwiezdnym. Na nogach miała trampki a
ciemne loki opadały swobodnie na jej ramiona. Jedynie grzywkę
spięła z tyłu wstążką, by nie opadała jej na oczy. Szła
uśmiechając się łagodnie i nucąc coś cichutko pod nosem.
— Mogę podejść bez
strachu, że mnie znokautujesz albo spowodujesz plamę nie do
wywabienia kelnereczko? — zapytał zwracając na siebie jej
uwagę. Przystanęła na sekundę a gdy ujrzała z kim ma do
czynienia przewróciła oczami.
— Zawsze masz takie
dobre kawały królu pawiu? — zapytała kpiąco. Zaskoczony
uniósł brwi i stanął tuż przed nią, zagradzając jej drogę.
— Paw? Dlaczego tak
mówisz?
— Bo jesteś
koszmarnie zarozumiały — odparła jakby to była
najbardziej oczywista rzecz na świecie.
— Mówisz?
A ja myślę, że bardzo cieszysz się na mój widok. Wręcz
omdlewasz z nadmiaru emocji — rzekł z rozbawieniem.
— Chyba
sobie ze mnie żartujesz — warknęła —
jesteś najbardziej nieznośną osobą na świecie.
— Doprawdy?
— czy przyjemność jaką odczuwał z droczenia się z
nią nie podchodziła już pod jakieś psychiczne zaburzenie? —
a ja myślę, że zmienisz zdanie gdy zobaczysz co ten paw skrywa
w swoim wachlarzu.
— Czyżby
bilet w jedną stronę na drugą półkulę? — zapytała
z udawanym entuzjazmem. Pogroził jej palcem i z kieszeni wyjął
swoje znalezisko. Pozwolił by łańcuszek zawisł mu na palcu i z
zainteresowaniem obserwował jej reację. Uśmiech natychmiast
zniknał jej z twarzy niczym zmyty przez deszcz.
— Mój
medalion — szepnęła — sądziłam, że
przepadł.
— Na
szczęście masz swojego anioła stróża — odpowiedział
i stanął za nią chcąc jej go zapiąć na szyi, ale schwyciła
złoty księżyc w dłonie i uniemożliwiła mu ten ruch.
Uśmiechnął się pod nosem i znów stanął przed nią.
— To już
są dwie.
— Co dwie? —
zdziwiła się Luna.
— Dwie
przysługi, które jesteś mi winna — wyjaśnił
naśladując jej ton sprzed chwili gdy mówiła, że jest zarozumiały
— Może się przedstawię — zaproponował
— Matteo-Paw- Balsano.
To mówiąc pochylił
się z zamiarem złożenia na jej policzku grzecznościowego całusa,
ale powstrzymała go odpychając jego twarz otwartą dłonią z
szerokim uśmiechem.
— A,
jasne — westchnął kręcąc głową z rozbawieniem —
masz jakieś plany na wieczór?
— dodał posyłając
jej swój najbardziej olśniewający uśmiech. Luna przerwóciła
oczami z pobłażaniem.
— Jesteś
Matteo Król Paw Balsano — zaśmiała się a Matteo
uniósł brwi na te słowa — ja muszę już lecieć do
domu. A ty do swojej dziewczyny, więc nie pownieneś zadwać mi
takich pytań.
— Skąd
wiesz o mojej dziewczynie? — zdziwił się.
W odpowiedzi Luna
wskazała na głowne wejście hotelu, w którym pojawiła się
efektowna brunetka o nieco lisim wyrazie twarzy. Matteo
odwrócił się by na nią spojrzeć a Luna wykorzystała jego
nieuwagę i niepostrzeżenie się ulotniła.
— Witaj
skarbie — zaczęła dziewczyna, skłądając na jego
ustach powitalnego całusa.
— Katja,
kochanie — Matteo uśmiechnął się patrząc jej
prosto w piwne oczy — musimy porozmawiać.
Tego dnia po raz
ostatni widział Lunę w Cancum i tego dnia też po raz kolejny
został singlem. Nie żałował tej decyzji, Katję poznał w
tutejszym hotelu i nigdy nie planował tego związku przenosić na
wyższy poziom. Przecież i tak za kilka dni miał wyjechać do
Argentyny i już więcej jej nie spotkać. Całe szczęście,
że nigdy nie przywiązywał się szczególnie do tych wszystkich
dziewczyn, które lubiły nazywać siebie "jego dziewczynami".
Zasypiając tej nocy
uśmiechał się odtwarzając w myślach ciepły głos Luny, gdy po
raz pierwszy nazwała go "królem pawiem". Dziwnym trafem
tą samą nutę słyszał później za każdym razem gdy używała
tego określenia.
— Matteo, żyjesz? —
głos Gastona przywrócił go do rzeczwystości —zawiesiłeś się
czy co? —spytał wyraźnym poirytowany.
Matteo gwałtownie
zamrugał powiekami wybudzając się z transu.
— Tak a co myślałeś?
— zaśmiał się poklepując kumpla po plecach —zacząłeś
przynudzać, więc się wyłączyłem.
Gaston przewrócił oczami
z udawaną urazą.
— Lepiej już chodźmy —
westchnął i popchnął Balsano w kierunku głównego wejścia
Rollera. Usiedli przy swoim ulubionym stoliku w pobliżu sceny i
zamówili dwa truskawkowe koktajle. Matteo właśnie opowiadał
przyjacielowi o swoich wakacjach we Włoszech gdy niespodziewanie
usłyszał śmiech, którego nie mógł pomylić z żadnym innym.
Irytujący i ponad wszystko niechciany śmiech rozbawionej
czterolatki. Obrócił się w tamtym kierunku i ujrzał Lunę
obróconą do niego plecami. Siedziała w kącie sali w towarzystwie
szkolnej kujonki Niny Simonetti o której tyle nieprzyjemnych
komenatrzy zdążył się nasłuchuć od Ambar. żadna z nich go nie
zauważyła, swobodnie rozmawiały i chichotały pod nosem gdy nagle
Luna zareagowała perlistym śmiechem na jakąś zabawniejszą uwagę
Niny. Śmiechem, który ktoś bezstronny z pewnością uznałby za
uroczy. Matteo zmrużył oczy w zamyśleniu.
— Co robisz? — zdziwił
się Gaston, ale przyjaciel już go nie słyszał.Ruszył w kierunku
stolika dziewczyn.
—Roller to chyba
nieodpowiednie miejsce do nauki kelnereczko — rzucił Matteo a Luna
podskoczyła w miejscu ze strachu. Podobnie jak Nina, która właśnie
upijała łyk swojego bananowego shake'a. Zaczęła się ksztusić.
—Nina? Nina co się
dzieje? —wołała Luna i próbowała jej pomóc poklepując po
plecach. Nina parskała i prychała, okulary zsunęły jej się z
nosa i z brzękiem upadły na podłogę, zrobiła się purpurowa na
twarzy i nie była w stanie słowa wyksztusić. W tej samej sekundzie
w której Matteo chwycił ją pod ramię Gaston zareagował
impulsywnie, chwycił ją od tyłu i zastosował na niej chwyt
Heimlicha. Przerażona Luna i połowa Jam&Roller obserwowali jak
Nina rozpaczliwie próbuje złapać oddech a po kilku sekundach,
które zdawały się być wiecznością wypluwa felerny kawałek
banana na blat stołu. Zarzęziła i osłabiona osunęła się w
ramiona Gastona. Ciężko oddychała.
— Boże Nina wszystko w
porządku? —spytała Luna. Simonetti nie była w stanie
odpowiedzieć więc tylko skinęła głową. Gaston opiekuńczo
otoczył ją ramieniem.
— Podaj mi jej torebkę
—poprosił Lunę a ta zdziwiona zmarszczyła brwi — Przykro mi
Luna, ale na dzisiaj chyba koniec waszej nauki. Odprowadzę ją do
domu.
To mówiąc wyprowadził
skołowaną dziewczynę z Rollera. Przed wyjściem Nina dołała
jedynie posłąć koleżance oszołomione spojrzenie.
"Co tu się do
cholery stało?" zdawały się mówić jej oczy.
Po wyjściu Gastona i Niny
Matteo ponownie skupił całą swoją uwagę na dziewczynie przed
sobą.
—No proszę, pierwszy
dzień i już nie radzisz sobie ze standardami w Blake? —spytał
kpiąco wskazując na podręczniki rozłożone na stoliku.
—Myślę, że jestem na
tyle zdolna, że sobie poradzę —odparła Luna siląc się na
uśmiech — ale dzięki za troskę Matteo.
— W to, że sobie
poradzisz nie wątpię. Zwłaszcza jeśli wykorzystasz w tym celu
nieśmiałą Ninę —powiedział z konspiracyjnym szeptem.
Luna zmarszczyłą brwi.
— Masz jakiś problem
królu pawiu? —Luna założyła ręce na piersi — nie wiem czy
zauważyłeś co spowodowałeś.
Matteo podrapał się po
karku udając zakłopotanie.
— Jutro w szkole
przeproszę Ninę —powiedział ze złośliwym błyskiem w oku
—zrobię coś na co ty nie umiesz się zdobyć Chociaż właściwie
to twoja wina. Trzeba było tu nie przychodzić.
—Mówisz zagadkami
Matteito —prychnęła Luna — mam się domyślać o co ci chodzi
czy wreszcie powiesz to wprost?
—Chcesz wprost? —Matteo
pochylił się nad nią na odległość pocałunku. Mógł policzyć
wszystkie piegi na jej nosie. W jej oczach dostrzegł błysk, który
mógł oznaczać zaniepokojenie. Czuła się zagrożona w jego
towarzystwie?
— Nie zauważyłaś, że
to już nie jest twój dom? Ciężko uwierzyć, że ktoś mógł o
tobie zapomnieć? Jam&Roller nie jest dla każdego komu zamarzy
się tu przychodzić. Nie jesteś tu mile widziana kelnereczko.
Czas stanął w miejscu.
Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia. W kącikach oczu Luny
zebrały się łzy i widok ten sprawił, że prawie pożałował
swoich słów. Prawie. Luna gwałtownie zamrugała powiekami i łzy
spłyneły po jej rumianych policzkach rozmazując tusz. Była na
siebie wściekła, że okazała mu swoją słabość. Gwałtownym
ruchem zerwała się z miejsca, zebrałą wszystkie swoje rzeczy do
torby i wybiegła z Jam&Roller odprowadzana spojrzeniami kilkorga
klientów oraz Nico i Pedro, pracujących za barem.
niedziela, 2 października 2016
Rozdział 2. Sugestie.
Przez moment, krótką chwilę, Luna zapomniała jak się oddycha. Już zdążyła zapomnieć jaki wpływ miały na nią te oczy, wpatrujące się w nią z taką intensywnością, jakby chciały przewiercić ją na wskroś.
— Co tam królu pawiu? — zagadnęła z największą nonszalancją, na jaką tylko było ją stać. Na dźwięk dawnego przezwiska mimowolnie wargi chłopaka rozciągnęły się w zawiadiackim uśmiechu.
— Nic takiego poza tym, że po raz pierwszy od roku zostałem staranowany przez piędziesiąt kilogramów żywej masy — odparł, wzruszając ramionami — ty i twoja niezdarność przyjechaliście na wakacje czy może zamierzasz wrócić do Buenos Aires na stałe?
Luna zmarszczyłą brwi słysząc ironię w jego głosie. To prawda, Matteo zawsze był arogancki i zarozumiały, często sobie dogryzali ale nigdy w taki sposób. Mimo że uśmiechał się łobuzersko w jego oczach Luna dostrzegła niezwykłą powagę i zrozumiała, że on naprawdę oczekuje odpowiedzi.
— Wróciłam do Black — powiedziała wymijająco i spuściła wzrok na swoje pomalowane na szaro paznokcie. Właściwie nie musiała mu się z niczego tłumaczyć. Nawet nie byli przyjaciółmi, choć istotnie spędzali ze sobą mnóstwo czasu- głównie na kłótniach i treningach, ale zawsze...
— To wspaniale, brakowało nam tu kolejnej gwiazdy — teraz dziewczyna była już pewna, że słyszy wyraźny cynizm w jego głosie. — może tym razem będziesz miała na tyle odwagi, żeby z kolejnym wyjazdem poczekać do zakończenia eliminacji.
— Wiesz co? To nie twoja sprawa! — warknęła, ze złością marszcząc brwi. Chciała powiedzieć coś więcej, ale wtedy podeszła do nich Ambar i ujęła Matteo pod ramię.
— Kochany, jak zwykle zachowałeś się odpowiednio i serdecznie przywitałeś moją przyjaciółkę — zaświergotała, łapiąc się za serce niby to ze wzruszeniem — naprawdę bardzo się cieszę Lunita... Kochanie idziemy? Zaraz spóźnimy się na lekcje a wiesz jak tego nie cierpię.— dodała i pociągnęła go w stronę schodów.
— Do zobaczenia na zajęciach teatralnych Kelnereczko — zawołał za nią Matteo nim razem z Ambar zniknęli w tłumie uczniów.
" Naprawdę dużo się zmieniło " — myślała oszołomiona Luna, odrzucając na plecy burzę ciemnych loków.
Na matematykę dotarła spóźniona. Nauczycielka, pani Preston, ściągnęła brwi niezadowolona, ale pamiętała ją sprzed roku, więc bez słowa wskazała jedyne wolne miejsce, obok ciemnowłosej dziewczyny w okularach. Luna skupiła wzrok na zadaniu, prezentującym się na tablicy. Wiedziała, że nie została przypisana do swojej starej klasy, więc części z tych ludzi nawet nie znała. Za to oni przez całą lekcję przypatrywali się jej ciekawie. Było to naprawdę niepokojące uczucie.
Pod koniec zajęć Luna miała wrażenie jakby jej głowa gotowała się do eksplozji. Wiedziała, że poziom nauczania większości meksykańskich szkół nijak ma się do poziomu w Black, ale nie sądziła, że będzie miała aż takie zaległości. Przy dziesiątym równaniu poddała się całkowicie i już nie próbowała nawet udawać, że to jej nie przerasta. Odłozyła długopis i nerwowo potarła skronie.
— Mogę ci pomóc jeśli chcesz — usłyszała cichy szept. Ze zdziwieniem spojrzała na dziewczynę, obok której usiadła.
— No wiesz, z zadaniami — dodała tamta, nieśmiało spuszczając głowę. W ten oto sposób, świadomie czy nie, ukryła twarz za kurtyną włosów — mam same szóstki i masę wolnego czasu.
— No co ty, na pewno masz ciekawsze zajęcia niż użeranie się z takim beznadziejnym przypadkiem jak ja — Luna wbrew sobie uśmiechnęła się szeroko i z zaciekawieniem przyjrzała się dziewczynie. Była naprawdę ładna, choć bez wątpienia różniła się od swoich szkolnych koleżanek. Miała długie, proste, ciemnobrązowe włosy, idealnie wykrojone, choc cienkie usta, zęby, z którymi mogłaby startować w reklamach płynu do płukania jamy ustnej z właściwościami wybielającymi, słodko zadarty nos i ciepłe brązowe oczy. Nawet ogromne okulary w czerwonych oprawkach, które bez przerwy poprawiała na nosie nie zdołąły jej oszpecić a jedynie dodały jej uroku.
— Nina Simonetti — przedstawiła się dziewczyna i po raz kolejny spuściła wzrok jakby bała się na nia spojrzeć. To sprawiło, że Luna nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem.
— Luna Valente — odpowiedziała, ściskając jej dłoń.
— Valente! Simonetti! Wracajcie z chmur na ziemię! — warkneła nauczycielka.
Przez klasę przetoczył się stłumiony śmiech.
Luna nie miała nawet pojęcia, że ta nowa niewinna znajomość będzie symbolem początku życia, jakiego pragnęła wracając do Buenos Aires.
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Rozdział 1. Nowy Początek
No
więc tak, ten rozdział to taki prawdziwy wstęp do historii, mam
nadzieję, że rozumiecie o co w nim chodzi i nie ma żadnych
niejasności. Proszę o komenatarze, żebym wiedziała ile osób to w
oógle czyta i co o tym myślicie. To opowiadanie przechodzi okres
próbny, więc jeśli się nie spodoba to po prostu bez krzyku je
usunę ;)
Enjoy ;p
— Lunita,
no nareszcie, ile można na ciebie czekać — prychnęła Ambar,
poprawiając idealnie zakręcone jasne włosy i przewróciła oczami
w kolorze górskiego lodowca. Dziewczyna podeszła do samochodu, przy
którym już czekała na nią panna Smith razem z szoferem, Tito,
którego Luna poznała dopiero tydzień temu, w pierwszy dzień po
swoim przyjeździe do Buenos Aires. Do tej pory przechodziły ją
dreszczu na wspomnienie powitania, jakie zaserowali jej mieszkańcy
posiadłości.
Tydzień
wcześniej
Z lotniska odebrał ją tata. Łzom wzruszenia i
uściskom nie było końca a gdy mknęli ulicami zatłoczonego Buenos
Aires Luna cieszyła się jak małe dziecko. Odkąd rok temu
wyjechała nie zawitała do Argentyny ani razu, to bliscy raczej
odwiedzali ją, nie na odwrót. Dopiero teraz uświadomiła sobie jak
bardzo tęskniła za pędem życia i mozliwościami, jakie dawało to
miasto. Za energią mijanych po drodze ludzi, zapachem morza i
wspomnieniami, które za sobą zostawiła. Miała wrażenie, że
każda uliczka, każda mijana kafejka, wszystkie drzewa, każdy plac,
przy którym dzieciaki wykonywały nieprawdopodobne akrobacje
nasączony jest echem życia, które tu niegdyś prowadziła. Niemal
podskakiwała w fotelu oglądając to wszystko z entuzjazmem
turystki, przy akompaniamencie "Love is the name", płynącej
z samochodowego radia.
Dopiero, gdy zatrzymali się przy rezydencji Bensonów
ten znajomy ucisk w żołądku powrócił ze wzdwojoną siłą.
Posiadłość budziła w niej takie same uczucia jak
cztery lata temu, gdy ujrzała ją po raz pierwszy. Otoczona bramą z
kutego złota i zaopatrzona we wszelkie środki ochrony przypominała
fortecę księżniczek z bajek Disneya. Własność Bensonów
rozciągała się na kilka kilometrów, zagospodarowanych na
niesamowity ogród różany, palmowy, niewielkich rozmiarów sad
jabłkowy, krzaki wycięte przez ogrodnika-artystę w przeróżne
niesamowite wzory, oraz fontannę. Przy najmniejszym powiewie wiatru
w powietrzu unosił się zapach kwiatów, który powodował, że na
twarzy Luny momentalnie pojawił się cień uśmiechu. A pośród
roślinności znajdował się dom, przypominający pałac. Od
kremowych ścian i pozłacanych ram okien odbijały się promienie
popołudniowego słońca. Powoli lecz nieubłaganie Luna
zbliżała się do schodów, prowadzących do środka. W krok za nią
kroczył ojciec, ciągnąc za sobą jej walizki.
Nacisnęła dzwonek i w sekundę potem w drzwiach
stanęła jej zalana łzami matka, jak gdyby wyczekiwała jej już od
dawna. Porwała dziewczynę w ramiona aż jej kasztanowe loki
zawirowały w powietrzu a potem obejrzała z każdej strony. Ze
wzruszeniem zauważyła, że przybyło jej kilka dodatkowych
centymetrów mimo, że wciąż była bardzo drobna i że jej włosy
mimo słońca ściemniały jeszcze i że najwyraźniej obcięła je
od czasu, gdy widziały się ostatnio. Ale poza tym to wciąż była
jej córka. Luna Valente. Jej Luna.
Luna z wielkimi jak orzechy, jadeitowo zielonymi
oczami błyszczącymi inteligencją i radością, z zaraźliwym
uroczym uśmiechem, ze zgrabnym noskiem i drobną twarzyczką
anioła.
— Nareszcie — powiedziała Monica. Jedno słowo
wyrażało więcej niż cała rozmowa. Luna uściskała ją po raz
ostatni a potem przeniosła się wprost w ramiona Amandy, której nie
widziała od roku. Co prawda utrzymywały kontakt internetowy i
telefoniczny, ale to przecież nie to samo. A kobieta stała się jej
wierną powierniczką, przyjaciółką, którą traktowała jak
najukochańszą na świecie ciocię.
— Dziecko, jesteś taka chuda — wymruczała
kobieta, ściskając ją z całych sił — ale teraz masz mamę na
miejscu to już ona się postara, żeby cię trochę utuczyć —
dodała, poprawiając ciemne kosmyki włosów, które wysunęły się
z koka. Luna od razu dostrzegła obrączkę, połyskującą na jej
palcu serdecznym i mrugnęła do niej porozumiewawczo. Żałowała,
że ominęła ślub kobiety, która dała jej tyle serca, ale
naprawdę nie mogła opuścić Meksyku w tym czasie i Amanda to
rozumiała.
Niespodziewanie tuż przy nich pojawił się Rey,
prawa ręka Sharon. Nawet on, choć na pozór zachowywał zimną krew
i profesjonalne opanowanie z trudem krył wzruszenie. Luna nie
czekała na jego krok, po prostu zarzuciła mu ręce na szyję i
mocno uścisnęła. Rey objął ją ramieniem delikatnie.
— Dobrze panienkę widzieć — powiedział.
— Lunita — na dźwięk tego glosu uśmiech
bezpowrotnie zszedł z twarzy Luny niczym krople zmyte przez deszcz.
Odsunęła się od mężczyny i spojrzała wprost na blondynkę,
stojącą dumnie wyprostowana u stóp schodów. Przez dłuższą
chwilę obie mierzyły się na spojrzenia a cały świat wokół nich
zamarł.
Ambar Smith, córki chrzestnej Sharon Benson, Luna
nie widziała juz rok. Przez ten czas nie miały kontaktu, dziewczyna
starała się w ogóle o niej nie myśleć i dlatego zdołała
zapomnieć, że z powrotem do domu wiązało się również ich
nieuchronne spotkanie.
Na pierwszy rzut oka dziewczyna widziała, że Ambar
również bardzo się zmieniła. Zawsze miała perfekcyjną postawę
i figurę modelki, ale teraz zyskała jeszcze nieugiętą pewność
siebie, które w połączeniu stanowiły piorunującą mieszankę.
Zawsze patrzyłą z góry, ale dziś wyglądała, jakby objęła w
posiadanie cały świat.
W zeszłym roku jej włosy były proste i sięgały
do łopatek, podczas gdy teraz idealnie poskręcane złote pukle
opadały na wąskie ramiona i razem z grzywkę tworzyły wokół jej
drobnej twarzy coś na kształt aureoli, zwieńczonej srebrną
opaską. Idealny makijaż podkreślał jej nordycką urodę, zwiewna
bluzeczka na ramiączkach oraz białe szorty z wysokim stanem
uwydatniały jej nieskazitelną figurę a chłód w niebieskich
oczach przeczył zdecydowanie uśmiechowi, który rozciągał jej
pełne wargi. Podeszła do Valente powoli, panując nad każdym
krokiem i gestem, niczym żmija gotująca się do ataku i objęła
z przesadnym entuzjazmem.
— Dobrze cię widzieć — powiedziała z nutka
ironii w głosie, zakładając ciemne loki za ucho Luny. Dziewczyna
zmrużyła oczy i zapatrzyła się w tak dobrze znaną twarz. Kiedyś
mimo wszystkiego co je dzieliło umiała z niej czytać jak z
otwartej księgi, ale teraz miała wrażenie, jakby Ambar założyła
maskę, która skrywała wszelkie emocje pod powierzchnią. Nie
dostrzegła nic poza wyzywającym błyskiem w oczach.
— Jakbym nigdy nie wyjeżdzała, przyjaciółko —
odparła, celowo naciskając na ostatnie słowo a uśmiech, którym
obdarzyła ją tym razem blondynka tylko potwierdził jej
przypuszczenia. Ale już w Meksyku wiedziała, że powrót wcale nie
będzie taki prosty.
— Witaj w domu — rozległ się głos pani domu.
Ich oczom ukazała się Sharon Benson, wysoka dystyngowana blondyka
wyglądająca na nieco ponad piędziesiąt lat, jak zawsze elegancka
i perfekcyjna w każdym cału.
Gdy podeszła do Luny, by nad wyraz wylewnie okazać
jej swoją radość z ponownego spotkania Ambar przewróciła oczami
i ukradkiem wymknęła się do swojego pokoju.
— Halo, śpiąca królewno! — zniecierpliwiony głos
Ambar wyrwał ja brutalnie ze świata wspomnień. Luna spojrzała na
dziewczynę półprzytomnie a ta przewróciła oczami.
— Żeby było jasne, do szkoły się spóźniać nie
zamierzam — oświadczyła twardo — więc albo wsiadasz do tego
cholernego samochodu albo będziesz za nim biegła.
Luna uśmiechnęła się sztucznie i przewróciła
oczami. Obiecała sobie, że będzie dzielna, ale ten dzień, choć
dopiero się zaczął, zupełnie ją psychicznie wykończył.
**
Droga do szkoły przebigła w zupełnej ciszy a gdy
tylko samochód się zatrzymał Ambar wystrzeliła jak z procy w
kierunku szkoły. Luna powolnym krokiem podążyła za nią a gdy
zatrzymała się przed głównym wejściem poprawiła włosy,
opadające na plecy, wzięła głęboki wdech, strzepnęła
niewidzialny pyłek ze swojej granatowej spódniczki, uniosła głowę
i wkroczyła do środka.
To
było jak scena z żenującego hollywodzkiego filmu. Na jej widok
większość uczniów zatrzymała się w pół kroku a wszystkie
rozmowy jak na zawołanie przycichły. Nikt nawet nie próbował
udawać, że się zwyczajnie, bezczelnie na nią nie gapi. Był czas,
gdy bycie w centrum uwagi przychodziło jej zupełnie naturalnie,
lecz dziś z trudem powstrzymała się przed spuszczeniem wzroku pod
obstrzałem tylu spojrzeń. Wiedziała, że jej nagły wyjazd tuz
przed zawodami międzynarodowymi, w których miała wziąć udział
jako zwyciężczyni krajowych wywołał niemałe poruszenie, ale
sądziła a włąściwie miała nadzieję, że upływ czasu w tym
przypadku spowoduje spadek zainteresowania jej osobą. Bo naprawdę
chciała zacząć od nowa, a tylu ludzi, dla których nadal była
liderką, idolką, olimpijką, w zupełności jej nie pomagało.
— Luna! — niezręczną ciszę przerwał Ramiro
Solis, wysoki, chudy, kędzierzawy brunet — ale numer, co ty tu
robisz? — zawołał i bez zbędnych ceregieli mocno objął ją
ramieniem.
— A wiesz, przechodziłam w okolicy to pomyślałam,
że zajrzę — zażartowała i to momentalnie rozładowało
napięcie. Nikogo już nie interesowało, co się z nią dzialo przez
ten rok, tylko to, że w ogóle wróciła. Po chwili reszta szkoły
przestała się interesować sceną, rozgrywającą się w holu i
każdy wrócił do swoich spraw.
— Ej ludzie — Ramiro gestem ręki przywołał
kolegów, którzy natychmiast do niego podeszli. — zobaczcie kogo
ja tu mam.
— Luna?
— Ale jaja! Czemu nie mówiłaś, że wracasz?
— Co się z tobą działo?
— Spokojnie, po kolei — Ramiro ostudził nieco zapał
grupy — może najpierw przywitamy się jak należy co?
Luna spojrzała po twarzach zebranych i coś ścisnęło
ją w dołku. Gaston Pieridia, blondyn o niebieskich oczach i
niezwykłej wrażliwości przyglądał jej się ciekawie jakby chciał
zapytać co słychać, Nico uśmiechał się do niej przyjaźnie a
Delfina i Jazmin, które w zeszłym roku krok w krok podążały za
nią i za Ambar teraz krzywiły się i z założonymi rękami
przyglądały rozwojowi wydarzeń. To była jej grupa, grupa
najlepszych wrotkarzy w Jam&Roller i najpopularniejszych uczniów
w szkole, którzy całą resztę mieli za motłoch i kroczyli
przez życie z wysoko uniesionymi głowami. Luna uśmiechała
się co prawda, ale za dużo rzeczy zajmowało jej myśli, żeby
mogła szczerze ucieszyć się z tego spotkania.
— Co tu się dzieje? — niespodziewanie do grupy
dołączyła Ambar.
— Czemu nie mówiłaś, że Luna wraca? Znów mamy
pełen skład — ucieszył się Nico a chłopcy ochoczo mu
przytaknęli. Ambar uśmiechnęła się co prawda na te słowa, ale
jej błękitne oczy po raz kolejny przewiercały Lunę na wskroś,
jakby chciały wypalić w niej wielką, najlepiej śmiertelną ranę.
— Naprawdę? To cudownie. Twój wyjazd pokrzyżował
nam szyki w zeszłym roku, ale myslę, że teraz możesz to naprawić
— odparła kpiąco. Luna założyła ręce na piersi i pokręciła
głową z niedowierzaniem. Po tygodniu miała już naprawdę dosyć
tych aluzji. Dobrze wiedziała, że namieszała, ale miała swoje
powody prawda? I dobrze wiedziała, że Ambar najchętniej nie
oglądałaby jej już do końca swoich dni, ale musiała wrócić.
Zapadła cisza. Mimo życzliwości w głosie i miłym
słowom wszyscy wyczuli napięcie pomiędzy dziewczynami. Przywykli
już do ich wzajemnej rywalizacji, lecz nie do otwartej wrogości.
Obie, dumne i wyprostowane, z wysoko uniesionymi głowami mierzyły
się na spojrzenia i na twarzy Ambar pojawił się cień satysfakcji,
gdy to Luna jako pierwsza odwróciła wzrok. Brunetka westchnęła i
spojrzała na dawnych kolegów z żalem.
— Wybaczcie, ale teraz mam już zupełnie inne plany
— odparła zgodnie z prawdą — nie będę brała udziału w
zawodach. Nie będę trenować.
— Ale Luna jak to?Oszalałaś? — Gaston nie posiadał
się ze zdumienia — chcesz rzucić wrotki z twoją pasją i
talentem?
— Tylko zawodowo — odparła dziewczyna — będę
jeździć, ale nie zamierzam więcej trenować. Zdałam sobie sprawę,
że to nie jest coś, czemu chcę poświęcać czas.
— Czyli co, wystawiasz nas? — podsumował Ramiro z
wyraźnym zawodem w głosie — przez jakieś...
— Po prostu zrozumiałam, że to nie dla mnie.
— Albo że się do tego nie nadajesz — wtrąciła
Delfina ze złośliwym uśmiechem. Ambar niby ją upomniała, ale
jakoś tak nieudolnie. Luna spojrzała Delfi prosto w oczy.
Wiedziała jak sprawić, by ten uśmieszek raz na zawsze zniknał z
jej twarzy, ale gdy jej wzrok ponownie spoczął na Ambar zrozumiała,
że wcale nie chce się już w to bawić. Coś ukłuło ją w sercu,
gdy kiwnęła głową, z trudem powstrzymując łzy.
— Być może — przyznała. Uśmiech satysfakcji ma
twarzach Delfi, Jazmin i Ambar był nie do zniesienia, więc Luna
przeniosła wzrok na resztę grupy. Wiedziała, że to koniec.
Właśnie zamkneła rozdział, do którego nie było powrotu. Ci
ludzie byli jej drużyną, ekipą najlepszych, którzy razem kroczyli
do zwycięstwa. Ale ona właśnie od tego momentu przestała być
jedną z nich. Nie rok temu, gdy wyjechała bez słowa pożegnania
lecz teraz, gdy po prostu ich odrzuciła. Spojrzała na nich po raz
ostatni, gdy obróciła się na pięcie zamierzając odejść. I
wtedy na kogoś wpadła z takim impetem, ze oboje padli na ziemię
jak dłudzy w akompaniamencie wrzasków i deszczu papieru, który
zapewne stanowił kiedyś pracę domową.
— Przepraszam, tak strasznie przepraszam — Luna
zerwała się z ziemi i zaczęła zbierać kartki, które walały się
teraz po całym korytarzu.Śmiech jej ofiary rozniósł się
echem. Najwyraźniej jej niezdarność niesamowicie go bawiła. Oboje
w tym samym momencie sięgnęli po kartkę z zadaniem z geometrii a
gdy ich skóra zetknęła się ze sobą przez ich ciała przeszły
dreszcze. Oboje zamarli na dobrą minutę, nim unieśli wzrok.
Te
oczy, czarne, magnetyczne, uwodziecielskie rozpoznałaby nawet przez
sen.
— No proszę, kelnereczka — wymruczał, zbliżając
się do niej na niebezpieczną odległość.
Na bardzo niebezpieczną odległość.
niedziela, 31 lipca 2016
Prolog
Stojąc na lotnisku w Cancum
Lunę ogarnęło bardzo dziwne uczucie. Gdzieś w głębi duszy
czuła, że już kiedyś to przeżyła, że nie dzieje się to po raz
pierwszy lecz któryś z kolei. Dopiero łzy spływające po
policzkach jej najlepszego przyjaciela uświadomiły jej, że już
kiedys znalazła się w podobnej sytuacji, gdy cztery lata temu
musiała przeprowadzić się z rodzinnego miasta do zatłoczonego i
nieprzyzwoicie żywotnego Buenos Aires. Wtedy nie wyobrażała sobie
nawet, że może być coś trudniejszego niż opuszczenie Simona
Alvareza, chłopaka, ktory stał się jej najlepszym przyjacielem w
chwili, gdy mając cztery lata uratował ją przed małym Tobiasem
Finiganem, który dokuczał jej przez całą jej przedszkolną
karierę. Mimo upływu lat, odległości i tego wszystkeigo, co
wydarzyło się po drodze wciąż łączyła ich niesamowicie silna,
nierozerwalna więź.
— Nie
zapomnij o mnie Luna — głos mu zadrżał, gdy wypowiadał jej
imię. Miał wrażenie, że dopiero co zadzwoniła do niego, by jak
zwykle chaotycznie zrelacjonować bieżące wydarzenia i z wyraźnym
zdenerowaniem poinformować, że wraca do domu. Do Meksyku. Do
Cancum. Do niego, wspólnych tras wrotkarskich, ostrego jedzenia i
miliona wspólnych wspomnień. A teraz, po roku, miałą zamiar znów
go opuścić. Wrócić do Argentyny, do wspomnień, których nie mógł
z nią dzielić. Stawić czoła rzeczywistości, by być taka jak w
jego piosence. Odważna.
— Simon,
jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu — wyszeptała
przez łzy — strasznie cię kocham. Tego nie da się zapomnieć.
Jego objęcia pozbawiły ją
tchu. Trwali w uścisku, póki nie usłyszeli informacji, płynącej
z interkomu wzywającej podróżnych do lotu. Płakała, idąc w
kierunku barierek i wsiadając na pokład samolotu. Płakała, gdy
wzbijali się w powietrze a Meksyk w dole malał z każdym przebytym
metrem. Wiedziała, że teraz już nie ma odwrotu. Musiała spełnić
obietnicę. Musiała być odpowiedzialna i odważna.
A
przede wszystkim musiała odzyskać swoje życie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)